Menu Zamknij

Jesienne powroty

jesienne powroty

Ach, jesień. Wielu osobom ta pora roku nie kojarzy się pozytywnie. Jest zimno po kończącym się lecie, jest deszcz i szaruga. Inna grupa zaś jesień uwielbia – są to ci określani popularnym ostatnio słowem “jesieniarze”. To ludzie kochający chłodną, deszczową pogodę, bo można wtedy założyć puchaty wełniany szalik albo zaszyć się z kubkiem herbaty w fotelu i czytać książki.

Ja też jesień uwielbiam, ale z zupełnie innych powodów.

Powrót do szkoły

Dla tych, którzy śledzą moje treści od dłuższego czasu, nie będzie to zaskoczeniem, ale… jestem typem wzorowej uczennicy. Lubiłam chodzić do szkoły, a na studiach spędziłam 14 lat nie dlatego, że jestem “wieczną studentką”, ale dlatego, że dopiero po tym czasie mój głód nauki został zaspokojony. Swój pierwszy dzień w podstawówce wspominam do dziś. Pamiętam, jak szłam w białym, odświętnym sweterku i równie odświętnej czarnej spódniczce na rozpoczęcie roku. Czułam się bardzo mądra i dorosła, bo mój młodszy brat nadal był w przedszkolu (frajer!), a ja już w pierwszej klasie.

We wrześniu zawsze zaczynał się nowy rok szkolny, były nowe lekcje, nowe książki i nowe, pachnące świeżością zeszyty. W gimnazjum i liceum dodatkowo powrót do szkoły oznaczał powrót do internatu, który dla mnie był jak dom. Na studiach początek roku przesunął się na październik, ale to przecież również jesień. I niby na studiach plan zajęć zmieniał się co semestr, ale jednak ta październikowa zmiana była dla mnie ważniejsza. Najczęściej zmieniałam też wtedy mieszkanie, więc wiele było nowości w tym październiku.

Tak w ogóle to w październiku mam też urodziny, co sprawia, że jesień staje się dla mnie tym przyjemniejsza.

Nowe zajęcia w szkole czy na uczelni oznaczały nowe wyzwania. Oraz nowe przygody. Czy przedmiot będzie ciekawy? Co będziemy na nim omawiać? Czy nauczyciel lub wykładowca będzie fajny? Jak dużo pracy trzeba będzie włożyć w naukę? Wprawdzie im byłam starsza, tym bardziej rozczarowujące stawały się odpowiedzi na te pytania, ale ekscytację odczuwałam i tak. Bo lubię się uczyć, tak po prostu.

Mroczny czas doktoratu

Jak widać, może życie dość mocno kręciło się wokół nauki. Moje poczucie własnej wartości również. Kiedy miałam dobre oceny, a nauczyciele mnie chwalili, czułam się świetnie. Czułam, że robię to, co kocham, i że robię to dobrze. Że spełniam się w życiu. Że realizuję swoje powołanie.

To wszystko niestety runęło, gdy zostałam doktorantką.

Na doktoracie czułam, że wcale nie mam pojęcia, co robię i czy jest to sensowne, wartościowe. Czy to do czegoś mnie doprowadzi. Błądziłam po omacku, byle naprzód, ale z każdym miesiącem traciłam pewność, że tam z przodu faktycznie czeka coś dobrego. Do tej pory nauka sprawiała mi radość; nagle stała się ciężkim obowiązkiem, który nie przynosił żadnej satysfakcji, bo nie przekładał się na wymierne wyniki. I nie byłam w tym osamotniona – przerażająco wielu doktorantów zmaga się z tego typu problemami. Ale jakoś większość z nas zmaga się z tym po cichu.

Wciąż pamiętam te dni, kiedy zmuszałam się do tego, żeby przysiąść do pisania pracy doktorskiej. Towarzyszyło mi przy tym poczucie bezcelowości. Uważałam, że moja praca nie jest świetna, tylko przeciętna, a jak przeciętna, to nie warto się nią zajmować. Z tym poczuciem dojechałam do końca pierwszego doktoratu. Promotor i recenzenci byli ze mnie bardzo zadowoleni, a obrona przebiegła w atmosferze sukcesu. Mimo to ja sama czułam się rozczarowana, bo spodziewałam się po sobie czegoś bardziej spektakularnego.

Drugi doktorat poszedł tylko troszkę lepiej. Znów wszyscy byli z niego zadowoleni, tylko nie ja. Bo ja wiedziałam, że mogłam osiągnąć więcej. Niestety wiele razy zatrzymywałam się w eksperymentach, wpadałam na ścianę nie do przejścia i traciłam mnóstwo czasu na rozwiązanie problemów, które wyskakiwały na mnie za każdym rogiem. To nie była moja wina, bo w końcu tak właśnie wygląda doktorat. Jednak z tyłu głowy cały czas słyszałam głosik: “A gdybyś postarała się trochę bardziej…” Myślę, że ten projekt też mógł być lepszy. A rozdźwięk, który po raz kolejny powstał pomiędzy moimi własnymi odczuciami a opinią innych na temat mojej pracy wcale mi nie pomagał.

W dodatku koronawirus odebrał mi możliwość świętowania obrony w marcu, co tylko pogłębiło moje rozczarowanie i wzmocniło poczucie, że przez ostatnie siedem i pół roku niczego nie osiągnęłam.

Utrata siebie

W sumie sam ciężar pracy nie dającej satysfakcji nie był w tym wszystkim najgorszy. Najgorsza była utrata własnej osobowości.

Bycie “dobrą uczennicą” stanowiło trzon mojej tożsamości. Bez tego byłam niczym. Więc kiedy to utraciłam, to przestałam wiedzieć, kim w ogóle jestem. Czego w ogóle chcę w życiu. I czy to życie tak naprawdę ma jakikolwiek sens.

Rzuciłam się w inne rzeczy, które dawały mi jakieś poczucie spełnienia, ale nie były intelektualnie wymagające. To nie przypadek, że akurat w tamtym czasie nauczyłam się robić na drutach, piec ciasta i zaplatać wymyślne warkocze. Zebrałam mnóstwo nowych hobby, takich domowych, nie związanych z pracą naukową. Bo praca naukowa nie dawała mi satysfakcji, więc szukałam jej gdzie indziej. Jednocześnie niestety te hobby też nie mogły udźwignąć wszystkich moich potrzeb, bo co tu dużo mówić – jestem kobietą zorientowaną na karierę i bez kariery żadna liczba udzierganych swetrów nie sprawi, że będę zadowolona ze swojego życia.

Ten stan trwał długo. Latami. I mimo usilnych prób wyrwania się z niego nadal w nim tkwiłam w momencie obrony drugiego doktoratu. Jak również później przez cały okres koronawirusowego pomieszkiwania w sapporzańskim hotelu i oczekiwania na powrót do Polski. Jak również po powrocie, zanim zaczęłam pracę. I niestety miało to wpływ na wiele innych dziedzin mojego życia: na moje pisanie, na moją obecność w mediach społecznościowych, na moje życie osobiste i plany na przyszłość. Bo po co inwestować w przeciętność?

Wielki powrót

Wiedziałam, że tak dalej być nie może. Musiałam jakoś odzyskać wiarę w siebie. Postanowiłam więc, że stanie się to teraz, na jesień.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale pory roku mają inny zapach w innych miejscach. Jesień w Sapporo pachnie chłodem, ale chłód ten jest przesycony ciepłem słonecznym, które za dnia wciąż podnosi temperaturę do dwudziestu lub nawet dwudziestu pięciu stopni, nawet w październiku. A w Polsce chłód to chłód. Pachnie zimną, mokrą trawą i rześkim wiatrem. Już nie mówiąc o tym, że inna roślinność też przyczynia się do tych zapachowych różnic.

Dla mnie zapach polskiej jesieni jest symbolem nowego. Zapach japońskiej jesieni już nie, bo będąc w Japonii już znalazłam się po tej gorszej stronie doktoratu. Zresztą to bardzo krótki czas, bo za chwilę i tak spada śnieg i zaledwie kilka tygodni po lecie już zaczyna się zima. Więc japońska jesień nie kojarzy mi się z nowym rokiem czy nowymi wyzwaniami. A polska już tak i gdy znów mogłam poczuć ten zapach, to dotarło do mnie, że teraz właśnie jest czas na zmiany. Bo jak nie teraz, to kiedy?

Alleluja i do przodu

Usiadłam więc i zrobiłam rachunek sumienia – coś, co powinnam była zrobić już dawno. Zadałam sobie pytanie o to, na ile moje przekonanie o porażce jest związane z faktami, a na ile po prostu z moim poczuciem własnej wartości, które te parę lat temu tak łatwo było zburzyć. Na ile rzeczywiście nie potrafiłam czegoś zrobić przez ostatnie kilka lat, a na ile sabotowałam sama siebie, bo myślałam, że nie potrafię? Czy moje poczucie przegrywu wynika z tego, że rzeczywiście nie nadaję się do tego czy do tamtego, czy może po prostu wydawało mi się, że nie dam rady, więc nawet nie próbowałam? Na ile winna jest prawdziwa niekompetencja, a na ile jest to po prostu samospełniająca się przepowiednia o niskiej wartości własnej pracy?

To ważne pytania i cieszę się, że w końcu je sobie postawiłam. A teraz, kiedy już na nie szczerze odpowiedziałam, będzie tylko lepiej.

Bo od lutego przecież piszę swoją książkę i jestem bardzo zadowolona z efektów. Tekst jest fajny, ciekawy i momentami zaskakujący nawet dla mnie. Radzę sobie.

W maju postawiłam przecież na lepszą promocję fanpejdża i udało mi się zdobyć nowe osoby zainteresowane moją powieścią. Radzę sobie.

Po przyjeździe do Polski wysłałam przecież zaledwie jedno CV i dostałam zatrudnienie bez problemu. Od pierwszego września zaczęłam chodzić do tej pracy i przecież na razie wszystko ogarniam. Radzę sobie.

Za chwilę przecież kończę książkę. Rozpoczęłam rozmowy w sprawie redakcji i korekty, wybrałam podwykonawczynie, przecież jesteśmy umówione. Radzę sobie.

Myślę o tym, jak sobie radzę. I wreszcie czuję, że odzyskuję to, co straciłam. Przekonanie o własnej niekompetencji odchodzi w dal. Wyznaczam cele, dążę do nich i osiągam je z radością. Patrzę w przyszłość z optymizmem. Chce mi się żyć, chce mi się robić nowe rzeczy. Ogólnie: chce mi się. Staję się znowu sobą.

Krok po kroczku

Z pewnością nie jest to koniec moich zmagań z przeszłością. Jedną czwartą swojego życia spędziłam właśnie na doktoracie, a konsekwencje zawirowań, które on wprowadził, jeszcze długo będą się za mną ciągnęły. Jest wiele rzeczy, z którymi wciąż nie mogę się pogodzić. Między innymi to, że doktorat, który był moim marzeniem od pierwszego roku studiów, okazał się dla mnie tak destrukcyjny.

Ale mam wrażenie, że jestem o krok bliżej zostawienia tego za sobą. Oczywiście mogłabym już teraz wywalić stół i powiedzieć: “Basta! Zaczynam nowe życie, a co było to było i zapomnijmy”. Ale nie jest dobrze zapominać, jeśli się czegoś do końca nie przerobiło. Z tego doktoratu mogę wyciągnąć jeszcze wiele nauki. Potrzebuję jej, żeby na przyszłość nie popełnić błędów, które doprowadziły mnie do takiego, a nie innego stanu psychicznego.

Jaki z tego wszystkiego morał? Jaka tu puenta? Nie wiem. W sumie chyba nie celowałam w żadną. Po prostu chciałam napisać o tym, że jest jesień, wieczory pachną nowym semestrem, do pracy kupiłam sobie śliczny zeszyt do notatek, a niedługo znów założę jeden z moich ulubionych szaliczków, który dostałam od zaprzyjaźnionej starszej pani z Japonii.

I że powracam.

Podziel się tym wpisem w mediach społecznościowych

Powiązane wpisy

Powiadamiaj o
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Powrót do góry strony