Menu Zamknij

Byłam gruba, część I

byłam gruba

Ale opowieść się szykuje! Opowieść ciągnąca się przez dobre 15 lat. Siadajcie w kółeczku i słuchajcie.

A rozchodzi się o to, że w szkole średniej byłam grubą laską. Czym to było spowodowane – nie wiedziałam. Wiedziałam tylko, że moje koleżanki były piękne i szczupłe, a ja byłam gruba. I tak zaczęła się historia mojego cierpienia związanego z wyglądem.

Rodzinny sabotaż

Moi rodzice byli raczej szczupli. Mój brat też. W całym domu tylko ja jakoś obrastałam w tłuszcz i zaczęło się to właśnie w okresie dojrzewania.

Mieszkałam wtedy w szkolnym internacie, gdzie miałam zapewnione wyżywienie takie samo, jak moje koleżanki. Weekendy i wszelkie wakacje spędzałam zaś w domu, gdzie jadłam jak inni domownicy. A mimo to ja byłam gruba, a nikt inny nie. Ki czort?

Matka mi powtarzała, że to przez babkę od strony ojca. Bo ona była gruba, więc ja byłam gruba po niej. A zatem to geny. Beznadziejna sprawa, bo z genami nie bardzo jest jak walczyć. Ale to musiało być to. Bo przecież jadłam to samo, co wszyscy. Ruszałam się tak samo, jak wszyscy. Normalnie chodziłam na wf bez żadnego zwolnienia – nawet w pierwszej klasie gimnazjum, kiedy był basen wyjątkowo szkodliwy dla moich długich włosów oraz kiedy zaczęłam pierwszy raz wstydzić się tego, jak wyglądam, szczególnie w kostiumie kąpielowym.

Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Geny i już. Więc byłam sobie gruba.

Jeść czy nie jeść, oto jest pytanie

Mimo wszystko coś zrobić próbowałam. Starałam się jeść mniej lub przynajmniej mniej kalorycznie. Niestety tu napotkałam ostry opór ze strony matki. Bo przecież można jeść normalnie, jak wszyscy, tylko po prostu potem poodkurzać albo pozmywać naczynia, albo zrobić zakupy, albo ogólnie zrobić coś w domu, to wtedy spali się te nadprogramowe kalorie. To był jej sposób na nakłonienie mnie do domowej roboty, którą zawsze przedstawiała jako ciężką, męczącą i niewdzięczną (zgadnijcie, czemu nie chciałam się za nią brać?).

Więc dostawałam na talerzu tyle samo, co zawsze. Gdy tłumaczyłam, że łatwiej mi zjeść mniej niż zjeść więcej i potem musieć to spalić, to matka kręciła głową. Bo ona wie lepiej i mam się dostosować.

Nie muszę chyba mówić, że żadnego spalania nie było. Było tylko żarcie. I to coraz gorsze, bo w którymś momencie zaczęłam zażerać stres – a stresu w życiu miałam mnóstwo, jak kiedyś już pisałam. Zdarzało mi się opędzlować na sucho 1/3 bochenka chleba albo jeść biały cukier, który sypałam sobie z górką do foremki na babeczkę i całą zawartość tej foremki zżerałam. Kryłam się przy tym jak jakiś narkoman. Jadłam, gdy nikogo nie było w domu. A to dlatego, że mój ojciec bezceremonialnie zaczął wyzywać mnie od spaślaków, więc nie chciałam dodatkowo go prowokować.

Nagła mobilizacja

Dwa lata przed maturą byłam już naprawdę puszysta – przy wzroście 156 cm ważyłam około 67 kilogramów. I ciągle na to narzekałam każdemu, kto chciał (lub nie chciał) słuchać. Zaczęłam też bać się zakupów ciuchowych. Rozbieranie się w przymierzalni przed wielkim lustrem na pół ściany doprowadzało mnie do płaczu. Nie chciałam na to patrzeć. Byłam gruba, byłam brzydka, chłopcy się mną nie interesowali. Na chuj drążyć ten temat.

I wciąż narzekałam, bo nienawidziłam swojego wyglądu, ale przecież nie mogłam nic z nim zrobić, prawda?

Kiedyś przy takim narzekaniu wkurzona koleżanka powiedziała mi, że może mogłabym przestać żreć tyle słodkich chrupków. Spojrzałam wtedy na paczkę na moim biurku. Faktycznie, w przedmaturalnej klasie nabrałam zwyczaju objadania się po kolacji słodkimi chrupkami (takimi kukurydzianymi obsypanymi proszkiem czekoladowym). Koleżanka miała rację.

Wreszcie wskazano mi coś, co mogłabym zmienić w swoim życiu i to popchnęło mnie do działania. Na rok przed maturą rozpoczęłam reżim dietowo-treningowy. Sprawdziłam gdzieś tabele kalorii i zapisywałam każde pół cukierka i każdy plasterek szynki, który zjadłam. Dziennie musiałam zmieścić się w 1000 kilokalorii. Oprócz tego robiłam brzuszki (jeden za każdą nadprogramową kilokalorię, jeśli zdarzyło mi się przekroczyć limit) oraz jeździłam na takim specjalnym kółeczku, które miało pomóc wypłaszczyć mój brzuch. Porobiły mi się od niego siniaki na dłoniach, ale dzielnie ćwiczyłam dalej.

Po raz pierwszy w moim życiu roztaczała się przede mną wizja piękna. Wyobrażałam sobie, jak to z rozmiaru 42 (w sumie prawie 44) wejdę nagle w upragnione 38, będę szczupła i śliczna, a chłopcy wreszcie się mną zainteresują. Rozumiałam, że nie stanie się to od razu, więc wyznaczyłam sobie dłuższy termin: dwa miesiące. I te dwa miesiące faktycznie wytrzymałam. Ćwiczyłam, ścięłam włosy (żeby, wiecie, wyglądać bardziej dorośle i atrakcyjnie), skrupulatnie liczyłam kalorie, a na szkolnych przerwach nie siadałam na ławce, bo spalało to mniej energii niż stanie obok.

No i schudłam. Ale jakoś tak… mniej niż sądziłam.

Gorzki smak rozczarowania

Trudno powiedzieć, ile udało mi się wtedy zrzucić, bo nie ważyłam się regularnie. Ale coś tam schudłam i to nawet widocznie. Zrobiło mi się wcięcie w talii, spodnie zaczęły trochę spadać. Jednak nie byłam zadowolona z efektów. Bo minęły dwa miesiące, a ja… jak byłam gruba wcześniej, tak byłam gruba nadal. Tyle, że trochę mniej.

Pomyślałam sobie wtedy, że to wszystko naprawdę nie ma sensu. Że z genami nie wygram, chyba że już do końca życia będę jadła 1200 kcal dziennie i jeździła na tym przeklętym kółeczku. A przecież kto chciałby mieć takie życie, prawda? Odmawiać sobie wszystkiego, cholernie się męczyć i nigdy już nie zjeść chipsów albo czekolady?

Trudno, postanowiłam. Jestem gruba i będę gruba. Męczyć się przez kolejne 50-60 lat nie zamierzam, więc po prostu muszę zaakceptować to, jak wyglądam.

Spojler: nie zaakceptowałam. Nadal płakałam w przebieralniach, nadal zazdrościłam szczupłym koleżankom. Ale znów ogarnęła mnie niemoc, ogólne zniechęcenie i poczucie bezsilności wobec nieuchronnego genetycznego losu. Do tego doszła złość. Bo niby dlaczego inne dziewczyny mogą być naturalnie szczupłe, a ja muszę ostro ćwiczyć i się głodzić, żeby dobić do ich poziomu? Dlaczego jest na świecie taka niesprawiedliwość? Czy ja jestem jakaś gorsza? Czy świat musi mnie gnębić bardziej? O co w tym wszystkim chodzi???

Byłam gruba – i co dalej?

O tym, co dalej, dowiecie się z kolejnego wpisu. O tym, jakie wnioski wyciągnęłam z tej swojej “przygody”, dowiecie się we wpisie trzecim, kończącym tę opowieść. Omówimy sobie w nim między innymi błędy w moim nastoletnim rozumowaniu, które tu przedstawiłam i które uważny czytelnik z pewnością zauważył.

Lecz już teraz możemy pogadać o dzisiejszej części historii.

A jest to część najsmutniejsza. Naznaczona cierpieniem, pogardą dla samej siebie i pretensjami do losu. Ale puenta nie jest taka, żeby przestać nienawidzić swojego wyglądu, bo to naprawdę łatwiej powiedzieć niż zrobić.

Puenta jest raczej taka, że życie z poczuciem niemocy jest straszne. Ze świadomością, że nie znosi się własnego odbicia w lustrze, lecz że tak będzie już zawsze. Połowa mojej tragedii siedziała w nadprogramowych kilogramach; jednak druga połowa w tym, że uważałam, że nie mogę nic z tym zrobić. Że nie da się nijak poprawić mojego losu – no, chyba że drogą straszliwych wyrzeczeń.

Nie musisz się na to godzić

Może to kontrowersyjne, ale właśnie dlatego nie lubię ruchu “fat acceptance” w jego obecnej postaci. Zbiera on osoby z nadwagą – głównie dziewczyny – i wmawia im, że są ludzie naturalnie chudzi i naturalnie grubi. Jak jesteś naturalnie gruba, to już trudno, zawsze będziesz gruba. Lecz nic to nie szkodzi; możesz jeść do woli, możesz bardziej utyć, możesz nie wstawać z kanapy przez rok. I tak będziesz piękna.

Ja bym się na to nie złapała. Tak, celowo używam słowa “złapała”, tak jakby ktoś chciał mnie tu oszukać. Bo przecież tak jest.

Bo jeśli ktoś ma nadwagę i czuje się przy tym atrakcyjny, to nie musi sobie szukać wymyślnych ruchów społecznych na Tumblrze. Taka osoba po prostu robi swoje, jest pewna siebie i ogólnie zadowolona ze swojego życia. Czcze internetowe afirmacje są jej niepotrzebne.

Ale ktoś taki jak ja wtedy, nieszczęśliwy i zagubiony, mógłby być spragniony dołączenia do społeczności ludzi sobie podobnych. Tyle że ta społeczność wcale nie pomaga. Bo nieważne, ile razy laska w internetach powtórzyłaby mi, że z moimi dwudziestoma kilogramami nadwagi jestem piękna. Ja sama nie czułabym się piękna. Czułabym za to, że okłamuję samą siebie, ale jednocześnie – że innego wyjścia nie mam. Bo jestem przecież naturalnie gruba, więc już zawsze gruba będę, prawda? Więc może lepiej usiłować się z tym pogodzić, choćby i za pomocą kłamstwa. I w ten sposób moje poczucie niemocy byłoby wzmacniane i jeszcze bardziej by mnie unieszczęśliwiało.

Jeśli jesteś jak ja wtedy, to wiedz, że istnieje inne wyjście. I że wcale nie musi oznaczać katorżniczych ćwiczeń i głodówki. Dla mnie ta świadomość była wybawieniem – to, że zmiana wyglądu jest w mojej mocy i że jest jednak łatwiejsza, niż dotąd sądziłam. Nabycie tej świadomości zapoczątkowało jedną z ważniejszych zmian w moim życiu – wręcz równie ważnych, jak moja wyczepista psychoterapia.

Ale o tym pogadamy następnym razem.

 

Podziel się tym wpisem w mediach społecznościowych
Powiadamiaj o
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Powrót do góry strony