Menu Zamknij

“Sakura znów zakwitnie” i inne korona-bzdury

koronawirus olga tokarczuk

Opowiem Wam dziś pewną historię, którą do tej pory słyszała tylko garstka moich znajomych. Będzie to historia o wielkim kataklizmie i najwyraźniej niespełnionych ambicjach kaznodziejskich.

Dziewięć lat temu

11 marca 2011 roku, w piątek o godzinie 14:46, w Japonii miało miejsce trzęsienie ziemi o tak niespotykanej skali, że wskoczyło na czwarte miejsce najsilniejszych trzęsień w całej historii planety i nawet przesunęło oś ziemską, wpływając delikatnie na długość naszego dnia. Epicentrum znajdowało się na dnie Oceanu Spokojnego, około 140 kilometrów od wybrzeża japońskiego miasta Sendai.

Tak się składa, że 11 marca wypadł dokładnie w środku mojego wyjazdu stypendialnego na czwartym roku japonistyki. A studiowałam wtedy na Uniwersytecie Tohoku, właśnie w Sendai.

W wyniku trzęsienia ziemi zostaliśmy tymczasowo wysiedleni z akademika, który podejrzewano o uszkodzenia strukturalne mogące zagrozić naszemu bezpieczeństwu. Zakwaterowaliśmy się w schronie. Była ze mną J., koleżanka ze Sri-Lanki, oraz kilkoro Japończyków i Chińczyków, którzy mieli większe pojęcie o trzęsieniach ziemi niż ja i J.

Dla mnie to wydarzenie było oczywistym szokiem. Trzęsienie ziemi to nie jest coś, co w ogóle bierzemy pod uwagę w Polsce. Po prostu to dla nas nie istnieje i już. Podobnie J. nigdy nie doświadczyła czegoś takiego. Byłyśmy więc wystraszone, zagubione, a do tego przemarznięte do szpiku kości, gdyż środek marca nie sprzyjał ciepłej pogodzie. Sklepy zostały błyskawicznie wyczyszczone z czegokolwiek, więc nie było zbyt wiele jedzenia, kanalizacja nie działała, więc nie było bieżącej wody i sprawnej toalety, prąd nie działał, więc z ogrzewaniem również staliśmy kiepsko. Siedzieliśmy wśród setek innych ludzi w szkolnej sali gimnastycznej służącej za schron, na prowizorycznych posłaniach z koców, które sami sobie przynieśliśmy z domów. Bo do domów nie można było wrócić na stałe, dopóki inspekcja budowlana nie przyszła i nie potwierdziła, że jest to bezpieczne, a to też nie działo się natychmiast.

Jak wspomniałam, w schronie towarzyszyli nam Chińczycy, między innymi koleżanka S. Nie wiem, czy S. widziała kiedyś trzęsienie ziemi. Na pewno byli wśród nas Chińczycy, którzy takie doświadczenia mieli – mówili o dużym trzęsieniu, które stosunkowo niedawno nawiedziło ich kraj (nie pamiętam, które to było, wybaczcie). W każdym razie S. wygłosiła długą i natchnioną mowę do mnie i do J. o tym, że teraz nastąpi ciężki okres, bo będzie mało jedzenia, ale że musimy jakoś dać radę. Że teraz najważniejsze jest to, żeby przeżyć. Że musimy się zebrać i współpracować, bo nikt nam nie pomoże, jeśli nie pomożemy sobie sami. Że trzeba jeść regularnie i dbać o swój organizm, bo nie wiadomo, co będzie dalej. I że nie wolno nam rozważać powrotu do kraju przy Japończykach, bo to wygląda tak, jakbyśmy chciały zostawić ich na pastwę losu, a same wrócić bezpiecznie za granicę. Nie trzeba chyba mówić, że ani ja, ani J. nie wiedziałyśmy, że sytuacja jest aż tak zła (spoiler: nie była) i ta przemowa doprowadziła nas na skraj rozpaczliwego płaczu.

Wszystko to S. wygłosiła z ogromnym namaszczeniem, siedząc przy swojej spakowanej walizce, gotowa do zmiany lokum w każdej chwili. I zaiste, kilka godzin później inna Chinka powiadomiła ją o akcji ewakuacyjnej organizowanej przez chińską ambasadę. Tak więc wkrótce natchniona S. opuściła schron ze swoją walizką i wróciła sobie do domu do Chin, i nagle cała tragiczna sytuacja w ogóle przestała ją dotyczyć.

Powrót natchnionej S.

Dlaczego przypomniałam sobie dziś tę historię? A dlatego, że przeczytałam artykuł napisany przez Olgę Tokarczuk na temat koronawirusa i choć nie jest to pierwszy bzduro-banał, który wpadł mi w ręce w ostatnim czasie, to chyba przelał on czarę goryczy.

Bo mam już po uszy słuchania o tym, jak to natura wreszcie oddycha i jak to człowiek jest najgorszym pasożytem na Ziemi, więc może dobrze, że wirus go trochę zastopuje i nauczy pokory. Albo o tym, jak to ci wstrętni ekstrawertycy teraz pożałują, że kazali introwertykom wychodzić z domu; niech zobaczą, jak to jest być zmuszanym do czegoś, na co się nie ma ochoty! Albo o tym, jak to życie zwolniło, dzięki czemu wreszcie możemy zajmować się kwestiami istotniejszymi niż praca i pieniądze, na przykład tym, jak pięknie świecą gwiazdy albo czy rzeczywiście ten pęd ku nie wiadomo czemu jest nam cywilizacyjnie potrzebny. Jak to teraz można sobie posiedzieć w domu, poszydełkować, podoglądać ogrodu, nauczyć się hiszpańskiego online i ogólnie wykorzystać ten czas na rozwój osobisty.

Do osób, które tak chrzanią, mam ochotę podejść, złapać je za ramiona i mocno potrząsnąć z głośnym:

TY UPRZYWILEJOWANA KLASO ŚREDNIA, TY!!!

Rozwój osobisty nie jest dla biednych

Niedawno na Facebooku widziałam infografikę wskazującą kilkanaście rzeczy, które można zrobić dla polepszenia swojego nastroju w czasie obowiązkowej kwarantanny. Znalazły się tam takie punkty jak “codziennie robić dobry uczynek”, “medytować” czy “ćwiczyć wdzięczność”. Pewna pani skomentowała, że te porady to chyba dla arystokracji finansowej. I posypały się na nią gromy, że niby do czego jej są potrzebne pieniądze w rozwoju osobistym, bo przecież na pewno nie do wdzięczności, dobrych uczynków ani pięciominutowej porannej jogi.

Pani nie potrafiła dobrze wytłumaczyć, o co jej chodziło, więc została zakrzyczana. Ja jednak rozumiem ją doskonale i powiem to, czego ona powiedzieć nie zdołała.

Otóż jak ktoś nie ma pieniędzy, to nie ma również mentalnego luzu na to, żeby uprawiać jogę albo inne rozwojowe hobby. Bo zżera go stres o to, co będzie za miesiąc albo nawet już jutro. Bo codziennie kilka razy odlicza kasę, żeby starczyło mu do pierwszego. Bo wyszło mu, że na chleb może wydać 3 złote, ale w piekarni najtańszy bochenek jest po 4,50. Bo żeby się utrzymać, porezygnował już z wielu rzeczy, ale okazuje się, że musi rezygnować dalej, a już właściwie nie bardzo ma z czego.

I żeby nie było, że jestem tu jakąś slacktivistką, która w internetach broni uciśnionych stojących społecznie pod nią, aby poczuć się lepiej na swojej wygodnej średnioklasowej podusi. Ja po prostu jestem osobą wywodzącą się z niższej klasy i doskonale pamiętam, jak to jest nie mieć kasy na nic i oszczędzać na wszystkim przez kilka miesięcy, żeby potem móc sobie kupić na bazarku dżinsy za 30 złotych. Jestem też osobą żyjącą z zaburzeniami lękowymi i aż za dobrze zdaję sobie sprawę z tego, co to znaczy być całkowicie upośledzonym przez codzienny, nigdy nie ustający stres, do tego stopnia, że człowiek trwa w stanie wegetacji i naprawdę nie ma już siły na rzeczy, które nie są mu natychmiastowo niezbędne (zresztą niedawno pisałam o czymś podobnym).

Bądź bohaterem w swoim domu

Ja rozumiem. Jest wirus, którym nikt nie chce się zarazić i siedzenie po domach ma swój sens. Ale te wzniosłe nawoływania do kreatywnego wykorzystania nadmiaru wolnego czasu, te hasła o tym, jak to w kupie siła i razem dzielnie pokonamy pandemię, jak to przecież zostanie w domu nie jest wielkim poświęceniem… no, powodują u mnie mocny zgrzyt.

Bo jak dla kogoś jedyną konsekwencją narodowego zamknięcia jest to, że musi pracować z domu z dzieciarnią na głowie i nie może umówić się do fryzjera, to jest mu stosunkowo łatwo być wzniosłym i bohaterskim. Przypominam jednak, że są osoby, które:

  • straciły pracę, bo pracodawca nie ma im jak zapłacić, a nowej mogą wcale szybko nie znaleźć w obecnej sytuacji;
  • pracują w branży, która kompletnie stanęła przez wirusa, więc nie mają żadnych widoków na zarobek przez wiele kolejnych miesięcy;
  • z dnia na dzień zostały uwięzione za granicą i znienacka musiały wybulić dodatkowe kilkaset lub kilka tysięcy złotych na powrót do Polski (nie, nie wszyscy są “debilami, którzy powinni wiedzieć, że nie jeździ się teraz na wakacje” – ludzie za granicą również długoterminowo studiują i pracują, you know);
  • są na granicy ubóstwa i nadchodzący kryzys gospodarczy kompletnie zniszczy ich i tak już kruchy budżet domowy;
  • są drobnymi przedsiębiorcami, którzy masowo bankrutują, bo dochodu nie ma, a podatki zapłacić trzeba i tak (nawet jeśli zapłata zostanie odroczona);
  • mieli pisać w tym roku maturę i iść na studia, co jest ważnym życiowym kamieniem milowym i w tej chwili stoi pod znakiem zapytania (facepalm na tego kolesia, co napisał “ojtam ojtam, najwyżej się to przesunie i nie będą mieli wakacji, no co takiego się stanie” i tego drugiego od “no najwyżej wszyscy powtórzą rok, ojtam”);
  • mają różnorodne problemy psychiczne i przedłużająca się izolacja coraz bardziej pogarsza ich stan, włącznie z ryzykiem doprowadzenia do samobójstwa;
  • i pewnie jeszcze wiele innych, które akurat w tej chwili nie przychodzą mi do głowy.

Odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że hasztag #zostańwdomu zupełnie te osoby pomija. Większość treści nim opatrzona skupia się na tym, że kwarantannowe poświęcenie jest naprawdę niewielkie, że przedłużające się zamknięcie to właściwie dobra sprawa i że czym jest kilka tygodni nudy w obliczu światowej pandemii. Często te treści są tworzone przez osoby takie, jak moja natchniona S., które ostatecznie nie zostaną dotknięte poważnymi konsekwencjami zatrzymania całego państwa – albo wydaje im się, że nie zostaną. Być może też są to osoby, które naiwnie sądzą, że kwarantanna w którymś momencie się skończy i po prostu wszyscy wtedy wrócimy do naszych spraw. Z mojego doświadczenia jednak wynika, że powrót do normalności to długi proces, a niektórych rzeczy już nigdy nie da się odzyskać.

Puenta

Czy mam propozycję, jak inaczej poradzić sobie z wirusem? Nie. Nie jestem ani epidemiolożką, ani ekonomistką, więc na mojej niedoinformowanej opinii nie powinno się opierać działań całego kraju. Ale chciałabym tylko jednego. Żebyśmy nie udawali, że kwarantanna jest ok i że to nic takiego. Żebyśmy nie zgrywali bohaterów w Internecie, skoro właściwie niczego na tej kwarantannie nie straciliśmy. Żebyśmy przestali pierdzielić farmazony, że to czas rozwoju osobistego i refleksji nad ludzkim istnieniem. Bo to tak łatwo mówić, kiedy ma się duże oszczędności, stałe zatrudnienie i nie trzeba się martwić o swoją przyszłość. Łatwo przyklaskiwać politykom, którzy zarządzają kolejne tygodnie izolacji i łatwo głosić wzniosłe hasła o tym, że to przecież dla dobra ogółu.

Być może z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Tak też czasami bywa. Nieopanowane rozprzestrzenianie się koronawirusa nie jest ok, ale postępująca surowość obostrzeń nakładanych na Polaków również fajna nie jest i nie wiem, czemu udajemy, że wszyscy jesteśmy – albo powinniśmy być – nastawieni do tego pozytywnie.

Może w sumie takie udawanie to śmiech przez łzy. Może ktoś stara się zaklinać rzeczywistość i pomagają mu pseudofilozoficzne teksty Olgi Tokarczuk – a w takim razie dobrze, że teksty te powstały, bo każdy z nas potrzebuje teraz jakiegoś wsparcia. Może ktoś inny myśli, że cierpienie uszlachetnia i dzięki temu łatwiej mu odnaleźć się w tym, co się dookoła niego dzieje – a w takim razie wspólnota szlachetnie cierpiących zyskuje ważny sens istnienia. Lecz nie każdemu cierpienie przyniesie dobrą lekcję albo korzyść życiową. Duża część z nas wycierpi się przy tym wirusie zupełnie bez żadnego wyższego sensu, a jedynym zyskiem będą nadprogramowe punkty doświadczenia przy naprawianiu zniszczeń. I to o tych ludziach myślę za każdym razem, gdy widzę kolejny wpis o domowym bohaterstwie, pieleniu zaniedbanych grządek albo o tym, jak to matka Ziemia wreszcie oddycha i czy nie moglibyśmy takiego wolniejszego życia prowadzić już zawsze.

A na koniec, dla poglądu, zdjęcie sprzed 9 lat ze schronu. Jemy makaron przygotowany dla nas przez jedną z naszych profesorek, która nas w tym schronie odwiedziła (jej mieszkanie przetrwało). Makaron chudy i z jakimś cienkim sosem, ale ciepły i smakował nam bardzo.

schron

Podziel się tym wpisem w mediach społecznościowych

Powiązane wpisy

Powiadamiaj o
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Anna Stranc
4 miesięcy temu

Dużo w tym prawdy. Dla osób ze stałym i dobrym dochodem to nic takiego. Dla tych, co nie mają żadnych problemów, też nic takiego. A inni? Jak się miewają bezdomni? Gdzie mają się podziać w epoce ,,zostań w domu,,?

Powrót do góry strony