Menu Zamknij

Matka Polka Cierpiąca

matka polka cierpiąca

Mam tyle do napisania, że nawet nie wiem, gdzie zacząć. Ale rolą pisarza jest pisać spójnie i zgodnie z tokiem poukładanych myśli, więc przynajmniej muszę spróbować.

Kilka dni temu, 23 października 2020 roku, Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nie wolno dokonywać aborcji ze względu na wady płodu. PiS, który tak usilnie do tego dążył i z takim maniakalnym uporem wyciągał ustawę o aborcji za każdym razem, kiedy tylko nadarzyła mu się okazja, wreszcie dopiął swego. Czemu to zrobił? Ano, żeby przypodobać się Kościołowi. Ale dlaczego mu na to pozwolono? Dlaczego my, obywatele jako całość, daliśmy na to zezwolenie? O tym będzie właśnie dzisiejszy wpis.

Męczeństwo u podstaw

Polacy u podstaw swej tożsamości narodowej mają męczeństwo. Męczeństwo, bo rozbiory. Męczeństwo, bo obie wojny światowe. Męczeństwo, bo “Polska Chrystusem narodów”. Męczeństwo, bo komunizm. Męczeństwo, bo system zawsze zły i zawsze przeciwko obywatelowi.

Mamy też mocne poczucie krzywdy doznawanej ze strony tego systemu. Żyjemy wiecznie uciśnieni, wiecznie okradani, wiecznie pod pantoflem. Wiecznie niezadowoleni ze swojego życia, ale też wiecznie bezradni, by to życie jakoś ulepszyć. Wydaje nam się, że trudy i znoje to normalna część codzienności. Nie mieści nam się w głowach, że można żyć inaczej.

Ale to nic, bo w końcu cierpienie uszlachetnia. Tak twierdzi katolicka religia, ponoć wciąż panująca w naszym kraju. Według niej ten, kto cierpi, zostaje uświęcony. A więc znosimy swoje cierpienie z pokorą. Bo tak już po prostu musi być i nie da się, a nawet nie wolno od tego uciec, bo to wstyd być takim samolubnym i samemu żyć dobrze, a rodaków zostawiać w bagnie.

Bo cierpienie było zawsze i to jest normalne.

Cierpienie uszlachetnia

Gdy o tym myślę, przypomina mi się moja matka szorująca podłogę na kolanach. Obok niej w misce woda, w jej ręku szmata niczym jakiś cierpiętniczy sztandar. I ona, klękająca przed swym kobiecym obowiązkiem dbania o dom. Mopa nie kupi, bo nie. Bo mop to wymysł nowoczesnych ludzi, którzy są wygodniccy. A podłogę należy myć na kolanach, z poświęceniem i bez żadnej wygody. Bo życie jest ciężkie.

Bardzo długo wmawiała mi, że życie jest ciężkie i że jeśli coś jest uciążliwe do wykonania, to najwidoczniej tak musi być. Gdy zrozumiałam, że to nieprawda, byłam już dawno na studiach. Zrozumiałam, że moje życie może być przyjemne i fajne, a o poziomie jego komfortu decyduję w dużej mierze ja sama. A gdy zaczęłam decydować i życie stało się prostsze, to dotarło do mnie, w jakim wielkim dyskomforcie żyłam do tej pory.

Myślę, że wielu ludzi tak żyje. Mieszkają gdzieś, gdzie nie chcą mieszkać. Mają pracę, której nie znoszą. Żyją z osobą, z którą najchętniej by się rozwiedli. W końcu – mają dzieci, których wcale nie chcieli mieć. No ale już trudno. Życie jest ciężkie, po prostu tak już jest i już. Trzeba to znosić z godnością.

Kiedy ktoś jest w takiej sytuacji, dzieją się dwie rzeczy:

Trzeba sobie usprawiedliwić, dlaczego się cierpi

Cierpi się oczywiście dla wyższej konieczności. Na przykład w nielubianej pracy cierpi się, by utrzymać rodzinę. W nieciekawym miejscu mieszka się, żeby być blisko starszych rodziców i móc im pomóc. A dziecko się ma, bo tak trzeba i bo na tym polega sens istnienia.

Niektóre z tych powodów są sensowne. Inne – zupełnie bzdurne. Ale czy powód jest sensowny czy nie, to nieważne. Ważne, że cierpienie uszlachetnia. Trzeba to sobie powtarzać, gdy nie można się wyrwać ze swojej sytuacji. Jeśli nie masz sensownego powodu ku cierpieniu, to musisz sobie znaleźć chociażby ten.

Prawda jest jednak taka, że cierpienie nie jest koniecznością, tylko wyborem. Tak, czasem jest to wybór uzasadniony. Na przykład możesz się wyprowadzić do dużego miasta, ale za to wtedy nie będziesz mógł wspierać schorowanych rodziców. Robisz rachunek zysków i strat i postanawiasz zostać tam, gdzie jesteś. Dokonałeś wyboru. Wkurza cię, że nie masz blisko kina czy restauracji, a na zakupy tracisz kilka godzin, bo musisz jechać do większej miejscowości i stać w korkach. Ale cierpiałbyś bardziej ze świadomością, że mieszkasz zbyt daleko, żeby pomóc tym, na których ci zależy. Mimo wszystko jest to twój wybór. Czasem niestety bywa tak, że ten wybór jest między złem a mniejszym złem. Ale jest to wybór.

Czasem jednak wybór jest między złem a dobrem, a ty i tak wybierasz zło, bo uważasz, że tak trzeba. Na przykład w sumie nie chcesz mieć dzieci, ale będziesz miał, bo rodzice ci każą i ogólnie jest presja społeczeństwa. Tylko… dlaczego trzeba mieć dzieci, nawet jeśli się nie chce? Ano, bo w życiu nie ma tak, że się ma, co się chce. Życie jest ciężkie, pamiętasz?

Trzeba sobie wytłumaczyć, dlaczego inni nie cierpią

Nie wszyscy jednak tak myślą. Niektórzy rozumieją, że mają wybór – a wybór, by pozostać bezdzietnym, nie krzywdzi absolutnie nikogo. Więc dokonują tego wyboru i potem paradują po ulicach, te młode małżeństwa bez wózków i nosidełek, w małych, sportowych samochodach i z dwoma psami na smyczy. Pokazują się publicznie i drażnią tych, którzy wybrali dzietność mimo własnej woli.

Trudno to znieść. Trudno patrzeć na tych, którzy wybrali inaczej niż my i dzięki temu mają w życiu lepiej. Pojawia się wtedy pytanie – dlaczego ja tak nie wybrałem? Czemu tamci mogą nie mieć dzieci, a ja muszę mieć?

Jeśli powód twojego wyboru jest rozsądny, to doskonale go znasz i potrafisz sobie odpowiedzieć na to pytanie. Mam dzieci, bo chciałem. Bo dają mi radość, bo są sensem mojego życia. Fajnie jest spać do południa w weekendy i mieć więcej kasy na własne zachcianki, ale w sumie nie zamieniłbym się z bezdzietnymi. Nie chcę mieć ich życia; chcę mieć moje dzieciate życie, nawet jeśli jest czasem trudno.

Zaś jeśli twoim powodem było coś w stylu bo tak, to musisz szukać racjonalnego wytłumaczenia na siłę. Mam dzieci, których nie chciałem, bo… bo jestem szlachetniejszy niż oni! Bo oni są tacy wygodniccy, samolubni, nie chcą się poświęcać! A ja cierpię, bo myślę o innych, bo jestem taki szczodry i wspaniałomyślny. Bo jestem lepszy, o! A moje cierpienie mnie uszlachetnia.

Tak sobie mówisz, nawet jeśli jest to gówno prawda.

Dzieci uszlachetniają

W przypadku dzietności ten dylemat jest szczególnie wyraźny. Wiele osób ma dzieci pod presją rodziny lub współmałżonka. Inni dlatego, że czują instynkt rozmnażania, który faktycznie jest obecny u wielu ludzi (nie u wszystkich!) i nie potrafią mu się oprzeć, nawet jeśli by chcieli. Inni zaś mają dzieci, bo… nikt im nie powiedział, że mogą nie mieć. Po prostu założyli, że tak musi być. Wszędzie widzą ten jedyny słuszny model życia: szkoła, studia, praca, dom, dziecko i potem może pies, a potem drugie dziecko, bo musi być parka. A potem wstają rano w wieku 37 lat, przecierają twarz przed lustrem w łazience i w przypływie nagłej samoświadomości zdają sobie sprawę, że wcale nie tak chcieli żyć.

Niektórzy mają dzieci, bo niby wiedzieli, że to trudne, ale uznali, że jakoś to będzie. W końcu kobiety zawsze rodziły, małżeństwa zawsze miały dzieci, rodziny zawsze się powiększały. Dzieciaci znajomi wszyscy tacy szczęśliwi. Rzadko mówi się głośno o ciemnych stronach rodzicielstwa. Dlatego dopiero później okazuje się, co to znaczy nie spać dwa lata (!), co to znaczy do porzygu słuchać tej samej bajeczki zapętlonej na Youtubie albo po raz ósmy tego samego ranka uspokajać przedszkolaka, który kręci gównoburzę, bo jego talerzyk jest okrągły, a on nagle by wolał taki w kształcie wieloryba.

Wychowywanie dziecka może być satysfakcjonujące, ale tylko pod warunkiem, że świadomie zdecydowaliśmy się na rodzicielstwo. To dlatego, że trzeba tu naprawdę wiele poświęcić, a więc warto widzieć w tym wyższy cel, który sami sobie wyznaczyliśmy. Dla kogoś, kto ma dzieci z przypadku, takiego wyższego celu nie ma. On się męczy bez powodu i nic na tym nie zyskuje. Więc dorabia ideologię, że jest taki szlachetny dzięki swemu poświęceniu, co stawia go wyżej niż tych wygodnickich bezdzietnych. I musi sobie to wmawiać, bo inaczej by oszalał przy tych zapętlonych bajeczkach i okrągłych talerzykach. Oszalałby, bo wie, że mógł wybrać w swoim życiu inaczej i nie może patrzeć na tych, którzy właśnie tak zrobili i są z tego zadowoleni.

Bezdzietni mają gorsze życie

Ludzie, którzy mają dzieci wbrew woli, lubią się nawzajem utwierdzać w przekonaniu, że ci bezdzietni na pewno wcale nie są tak zadowoleni, na jakich wyglądają.

Na pewno mają puste życie. W końcu uśmiech bombelka to największa radość, a skoro oni tego nie mają, to ich życie musi być pozbawione szczęścia, prawda? Ci ludzie nie są zadowoleni, oni są nieszczęśliwi.

Albo że bezdzietni usiłują bez sensu być nowocześni. Bo to teraz takie modne, nie mieć dzieci. Więc oni na siłę sprzeciwiają się swoim pragnieniom i instynktom w pogoni za aprobatą innych młodych i nowoczesnych, a nie wiedzą, jaką sobie przy tym krzywdę wyrządzają. Oj, dużą krzywdę. Ci ludzie nie są zadowoleni, oni są skrzywdzeni.

W każdym razie pożałują. Zorientują się, że jednak pragną potomstwa, ale wtedy będzie już za późno. Ci ludzie nie są zadowoleni, oni są godni litości.

Ale najgorsze, co można powiedzieć o bezdzietnych, to to, że są wygodniccy. Że nie chcą mieć dzieci dla własnej wygody. Bo to oznacza, że są z definicji gorsi niż ci szlachetnie cierpiący w rodzicielstwie. Ci bezdzietni praktycznie nie są Polakami, bo sensem życia Polaka jest cierpieć i mamy na to historyczne dowody. Komfort życia? A co to? Pewnie jakiś wymysł zdeprawowanego Zachodu. Polaka nie interesuje komfort życia. On ma we krwi poświęcenie, rodzicielstwo wbrew woli i szorowanie podłogi na kolanach. Bo tak zawsze było i tak nakazało mu katolickie bóstwo.

Znaczy, głównie Polki mają to mieć we krwi.

Kobieta musi mieć dziecko

Kobiety zawsze się poświęcały dla ogółu. Były wydawane za mąż, by ojciec mógł dobić z kimś interesu albo po prostu dlatego, że jakiemuś facetowi właśnie teraz uwidział się ożenek. Rodziły i wychowywały dzieci, by mąż mógł chodzić dumny jak paw, że został ojcem. Dbały o dom, wykonując wszystkie te w cholerę nudne i nigdy nie kończące się czynności, żeby mąż mógł zarabiać w pracy, która przynajmniej daje mu jakiś cień szansy na rozwój i jakąś tam satysfakcję.

Choć świat idzie do przodu, to Polska nadal mentalnie nie wyszła z tej fazy. Kobieta nadal ma się poświęcać, bo do tego została stworzona. I ma to poświęcenie realizować nie tylko w dbaniu o dom, ale przede wszystkim w rodzicielstwie. Bo to jest kolejna myśl, z której Polska jeszcze nie wyrosła: że kobieta musi chcieć mieć dziecko. Że nie ma kobiet bezdzietnych z wyboru – są tylko takie, które się oszukują.

Jak zapytacie kogokolwiek, czy każdy ma prawo do szczęścia, to odpowiedzą, że oczywiście – ale za chwilę okaże się, że w szczęściu kobiety jednak gdzieś tam powinno zawierać się dziecko. Bo dziecko ogólnie trzeba mieć i jest to właśnie odpowiedzialność kobiety. Dlatego należy ją do tego zmusić, choćby i siłą.

Choćby i okrutną ustawą.

Kara za seks

Ogólnie kobiecie nie wypada się wychylać. Nie wypada jej mieć kilku partnerów w łóżku, nie wypada jej uprawiać seksu pozamałżeńskiego, nie wypada jej stawiać siebie samej ponad innych. Na szczęście nawet taką kobietę ciąża sprowadzi wreszcie tam, gdzie powinna być. Bo po ciąży jest dziecko, a przy dziecku nie ma czasu na pierdoły w stylu pozamałżeńskie randkowanie, kariera zawodowa albo szalony seks. Po ciąży nawet taka utracjuszka wreszcie wróci na swoje miejsce i wszystko znowu będzie dobrze.

Ciąża ma być karą za seks. Bo skoro rozłożyła nogi, to teraz niech rodzi.

Ciąża ma sprowadzać kobietę na jej właściwe miejsce.

Ma też być początkiem jej prawowitego polskiego życia w cierpieniu, życia Matki Polki Cierpiącej. Nawet jeśli jest to ciąża niechciana, to co z tego? Że kobieta pocierpi przy porodzie, a potem przy wychowywaniu dziecka? A co ona, lepsza ode mnie? Ja też cierpię, wszyscy cierpimy. Dlaczego ona miałaby mieć możliwość uniknięcia cierpienia, skoro ja tej możliwości nie mam?

Poza tym, czymże jest cierpienie w porównaniu do realizowania instynktu rozmnażania, którego może ona nie ma, ale ja mam i sam nie potrafiłem mu się oprzeć? No i co z tego, że może miała jakieś plany, jakiś pomysł na siebie czy choćby na swoje finanse, który teraz będzie musiała zweryfikować? A co mnie to obchodzi? Jej życie i plan i tak były gówno warte; w końcu to tylko kobieta. A kobieta to się może spełniać – hłe hłe, jak już musi – ale w obliczu rodzicielstwa musi się poddać, bo przecież dziecko jest zawsze od niej ważniejsze. W końcu trzeba z tego spełniania się wyrosnąć, tak jak dziewczynki wyrastają ze starych sukienek. Teraz jest prawdziwe, dorosłe życie i nie ma czasu na pierdoły. Teraz jest cierpienie.

Zresztą, jak tak już straszliwie musi się spełniać (hłe hłe, tak jakby kobieta mogła cokolwiek wartościowego w życiu osiągnąć!), to niech urodzi i odda do adopcji. Ciążę jakoś przejdzie, poród też. A co mnie to, że poród boli? No boli, bo trzeba cierpieć, jak się poszło na seksy. Taka kara. I co, że jakieś trwałe uszkodzenia, że szwy, że blizny, rozlazły brzuch, nietrzymanie moczu, trauma poporodowa i być może depresja? Ojtam ojtam, przecież to tylko kobieta. Aż tak istotna to nie jest, żebym się musiał tym przejmować. A zresztą jak można jakiś nowomodny komfort mieszkania we własnym ciele, które nam się podoba, przedkładać nad szlachetność cierpienia dla mojej sprawy? Przypominam, że ja cierpieć muszę, a więc ona też może.

Seks to grzech

Grzech i to bardzo ciężki. Oczywiście tylko dla kobiety, bo facet jak sobie porucha, to należy mu przybić piątkę, c’nie?

W naszym społeczeństwie panuje jakieś dziwne pojęcie seksu jako świętego czynu dokonywanego wspólnie przez uświęconych sakramentem małżonków. Czasem Kościół dopuszcza seks dla przyjemności, bo to spaja związek. Ale ogólnie rzecz biorąc seks jest dla płodzenia potomstwa. Bo tak twierdzi pewna stara izraelska książka.

A skoro seks to grzech, to znaczy, że wybaczyć go można jedynie w wyjątkowych okolicznościach. Takimi okolicznościami jest właśnie chęć spłodzenia dziecka. Generalnie seks jest zły, ale jeśli będzie z tego ciąża, no to ok, możecie go uprawiać. Ale jeśli ciąży nie będzie, to jak chcesz usprawiedliwić dopuszczanie się tego grzechu?

Kiedyś przyznałam znajomemu, że nie zamierzam mieć dzieci. Zapytał, czy zamierzam w takim razie uprawiać seks. Powiedziałam, że oczywiście, no bo czemu nie? A on na to, że tak nie można. Że nie można uprawiać seksu i nic z siebie nie oddać w zamian.

Tak jakby ciąża była odkupieniem winy polegającej na tym, że się poszło z kimś do łóżka.

Tak jakby seks był czymś, za co trzeba płacić. Pożyczką, którą się zaciąga, i w odpowiednim czasie ta należność musi zostać uregulowana.

Jakby trzeba było się usprawiedliwiać z tego, że się uprawia seks. “Obiecuję, że to tylko dla prokreacji, bo przecież inaczej to na pewno bym tego nie robił”.

Tak jakby zwykły akt seksualny musiał pociągać za sobą konsekwencje i to najlepiej straszliwe. Udało ci się uprawiać seks przez kilka lat bez ciąży? Oj, czekaj. Los cię dopadnie. Bo decyzja o podjęciu współżycia jest z gruntu niemoralna i jedynie konsekwencje mogą ją odkupić lub usprawiedliwić. A ty musisz za tę decyzję wziąć odpowiedzialność. I ta odpowiedzialność nie może polegać po prostu na tym, że uważasz na to, kogo bierzesz na partnera, że zabezpieczasz się przed chorobami wenerycznymi, stosujesz antykoncepcję, a w przypadku niechcianej ciąży samodzielnie ponosisz koszta usunięcia płodu. Bo jeśli sobie po prostu usuniesz, to co to za konsekwencje? I że co, że niby będziesz sobie dalej żyć tak, jak do tej pory? O nie, kochana. Nie wywiniesz się. Nie pozwalamy.

Tu chodzi o kobietę

Aktywiści anti-choice często mówią, że w ich działalności chodzi o dziecko. Temat był wałkowany wiele razy i nie wniosę tu nic nowego, więc tylko powtórzę: tu nie chodzi o dziecko. Bo gdyby chodziło o dziecko, to dzieci z niechcianych ciąż albo kalekie miałyby zapewnioną opiekę pod skrzydłami anti-choiców. Ale nie mają, bo tu nie chodzi o dzieci.

Tu chodzi o kobiety.

Tu chodzi o to, żeby kobieta została siłą wtłoczona w swoją rolę Matki Polki Cierpiącej. O to, żeby nie mogła uprawiać seksu “za darmo”. O to, żeby poniosła karę za swoją rzekomą rozwiązłość. Oraz o to, żeby się wreszcie dla kogoś poświęciła jak na prawdziwą kobietę przystało, a nie żyła sobie swoim życiem. No bo kto to kurwa widział, żeby kobieta żyła sobie wolna jak facet?

Życie kobiety nie musi być wolne ani komfortowe. Bo ono nie ma żadnej wartości. Jest mniej warte niż życie płodu, który w przeciwieństwie do kobiety nie jest dorosłym, w pełni ukształtowanym człowiekiem z przyjaźniami, planami, ambicjami, doświadczeniami i osiągnięciami.

W innych krajach nikt nie zadaje głupich pytań w stylu: “Od kiedy według ciebie zaczyna się człowiek? Czy jeśli mogę usunąć płód, to mogę też zabić noworodka? Albo siedmiolatkę?” W innych krajach ludzie po prostu wyznaczyli granicę – 3 miesiące życia płodu, bo dopiero wtedy kształtuje mu się układ nerwowy. Po 3 miesiącach aborcja może stawać się moralnie wątpliwa, ale do 3 miesięcy jest jasne, że stawianie takiego bezmózgiego płodu ponad czującą, myślącą dorosłą kobietą z pełnym, ukształtowanym życiem jest jakieś absurdalne. Tylko w Polsce odbywamy na ten temat niekończące się debaty, bo nikt otwarcie nie chce przyznać, że kobieta jest gówno warta w tym kraju – mniej nawet niż kilka komórek zlepionych w jej macicy. I ona dla tych komórek musi cierpieć, bo pamiętajmy, że cierpieć musimy wszyscy. Bo na tym polega nasze ciężkie polskie życie.

Nie wywiniesz się

Gdyby chodziło o dzieci, to postawilibyśmy na edukację seksualną i szeroki dostęp do taniej antykoncepcji, w tym również antykoncepcji stałej, takiej jak podwiązanie jajowodów. To są rzeczy, które pozwalają kobietom podejmować świadome decyzje na temat swojego potencjalnego macierzyństwa, dzięki czemu liczba niechcianych ciąż – a zatem również zapotrzebowanie na aborcję – zmniejsza się drastycznie. To są rzeczy, które działają.

Ale są to też rzeczy, które pozwalają kobietom uniknąć tych majaczących na horyzoncie konsekwencji, a na to pozwolić nie możemy. Seks jest zły! Jak kobieta go uprawia, to jest zła i trzeba ją ukarać! A nie, że antykoncepcja i darmowa przyjemność do końca życia.

Dlatego Kościół na to nie zezwala – a to właśnie Kościół nadał seksualności wymiar moralny, którego tak naprawdę wcale nie musi ona mieć. Stosunek seksualny za zgodą obu (lub więcej) stron nikogo nie krzywdzi. Nikomu od niego nie ubędzie. Nic złego się nie dzieje. Ludzie po prostu mają kilka chwil przyjemności. To jest zupełnie neutralne.

Ale Kościół na siłę nas umoralnia – nie tylko kobiety, mężczyzn także. Ale to kobiety mają ponosić największe konsekwencje. Dlatego tłumaczy się z ambony, że wstrzemięźliwość, że tylko po ślubie, że nie wolno iść na zabieg aborcji. Bo Kościół wie, że nikt się do tego nie zastosuje, bo tak się po prostu nie da. A nawet jeśli się zastosuje, to będzie miał życie polegające na wiecznym odmawianiu sobie tego czy tamtego, więc tak czy siak będzie żałował. Tu chodzi o to, by ludzi pognębić zakazami, a nie o to, żeby im pomóc. A jak do tych zakazów się nie dostosują, to tym lepiej – te wstrętne “wyzwolone” kobiety będą miały to, na co zasługują.

Można oczywiście ze złośliwą satysfakcją powiedzieć wtedy “no mogła się zabezpieczać, hłe hłe”. No mogła i pewnie to robiła. Niestety płodność jest jak włamywacz, który usilnie chce dostać się do naszego domu, a antykoncepcja to my, którzy usiłujemy go nie wpuścić. Tylko że nie mamy zamka w drzwiach i możemy jedynie trzymać je swoim ciałem, opierając nogi na śliskiej podłodze. No i czasem się pośliźniemy, a włamywacz wejdzie nam na chatę i będzie robił, co będzie chciał. Bo niestety płodności nie da się wyłączyć, da się ją jedynie powstrzymywać – i o tym również Kościół wie doskonale.

Decyduj o sobie

Droga Polska Kobieto. Chcę ci tutaj powiedzieć kilka rzeczy.

Po pierwsze, seks nie jest zły. To jest coś, co ludzie robią wspólnie z partnerem (lub partnerami), czerpią z tego radość i przyjemność i nikogo to nie krzywdzi. Możesz uprawiać sobie seks do woli, oczywiście pod warunkiem, że druga osoba się na to zgadza. Tak, nawet trzy razy dziennie i nawet z antykoncepcją.

Po drugie, nie musisz mieć dzieci, a wystarczającym powodem jest to, że po prostu dzieci mieć nie chcesz. Naprawdę.

Po trzecie, przerwanie ciąży jest twoim prawem, bo – tak samo jak decyzja o porodzie – zawiera się w prawie do decydowania o swojej prokreacji. Jeśli możesz zdecydować, że urodzisz w wieku 16 lat, gdy ojca dziecka nawet nie znasz, to równie dobrze możesz zdecydować, że nigdy dzieci mieć nie chcesz. Jeśli nie ograniczamy nikomu prawa do płodzenia sobie dzieci, to nie możemy również ograniczać nikomu prawa do tego, żeby dzieci nie miał. Tyle.

Po czwarte, aborcja to nie antykoncepcja. Zabezpieczaj się. Aborcja to ostatnia deska ratunku, jeśli antykoncepcja cię zawiedzie – a niestety może się tak stać, bo każda antykoncepcja jest zawodna.

Po piąte, jeśli jesteś w niechcianej ciąży, ale decydujesz się ją utrzymać, to jest to twoje prawo i możesz tak zrobić. (Uważam tylko, że musisz to uczciwie ustalić z ojcem dziecka – ale to już trochę inny temat i nie będę się tutaj w niego zagłębiać).

Po szóste, życie bez dzieci wcale nie jest puste i pełne nieszczęścia. To tylko kolejny straszak, które ma cię sprowadzić na miejsce wyznaczone Ci przez Kościół i zindoktrynowane społeczeństwo. Nie wierz nikomu, kto tak mówi. Jasne, niektórzy podjęli decyzję o bezdzietności i potem żałują – ale wielu wcale nie. Poza tym potomstwa też można żałować, tylko wtedy jest w życiu trochę trudniej, bo raczej nie zdecydujesz się na oddanie dziecka, które już masz. Więc po prostu podejmij decyzję taką, jaka będzie ci odpowiadać.

Po siódme, nie jesteś sama. O pomoc możesz zwrócić się tutaj:

Aborcyjny Dream Team

Aborcja Bez Granic

Trzymaj się ciepło i pamiętaj: wybór jest Twój.

Podziel się tym wpisem w mediach społecznościowych
Powiadamiaj o
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Powrót do góry strony