Menu Zamknij

“Z mgły zrodzony” Brandona Sandersona, czyli panie, co za Mary Sue żeś pan stworzył

z mgły zrodzony brandon sanderson

Dziś porozmawiamy sobie o książce, o której przypominam sobie co jakiś czas i nadal trochę mnie dziwi jej popularność. Będą spojlery.

Tło historii

“Z mgły zrodzonego” dostałam od koleżanki po tym, jak narzekałam jej na Skajpie na “Nigdziebądź” Neila Gaimana. Żaliłam się, że magia w “Nigdziebądź” jest wszystkim i niczym jednocześnie, na co koleżanka odparła: “Przyślę Brandona Sandersona. Będzie pani zadowolona”.

I trzeba uczciwie powiedzieć, że pod pewnymi względami byłam… ale pod innymi bardzo nie.

“Z mgły zrodzony” to opowieść o postapokaliptycznym świecie, w którym z nieba pada popiół, a niewolnictwo jest właściwie podstawą społeczeństwa. W takich warunkach dorasta Vin, złodziejka wychowana na ulicy, którą pewnego dnia pod swoje skrzydła bierze Kelsier, jeden z Mglistych, czyli obdarzonych mocą panowania nad metalami. Vin również okazuje się Mglistą, więc zaczyna pobierać lekcje od Kelsiera i jego znajomych, a tymczasem cała jego szajka przygotowuje się do obalenia Ostatniego Imperatora.

Dobre strony

Ksiązka ma kilka mocnych stron i może od nich zacznijmy.

Świat przedstawiony

Od początku podobała mi się koncepcja świata. Nie tylko wyglądał on interesująco, ale także jego kształt stawiał czytelnika przed licznymi tajemniczymi pytaniami. Skąd się wziął popiół? Dlaczego jest mgła? Jak to wszystko wyglądało wcześniej? Co się stało, że nastąpiła zmiana? Kim jest Ostatni Imperator i dlaczego wszyscy przed nim drżą? Dużo radości sprawiało mi czytanie tylko po to, żeby poznać odpowiedzi na te pytania. Dlaczego ich jednak nie poznałam… o tym za chwilę.

Magia

Magia w “Z mgły zrodzonym” opiera się na manipulacji metalami, których jest dokładnie jedenaście. Ci, którzy są obdarzeni taką mocą, potrafią panować nad jednym z nich. Nieliczni są tytułowymi “Zrodzonymi z Mgły”, którym dana jest władza nad wszystkimi metalami. Sądzę, że to ciekawa koncepcja i rzeczywiście, tak jak twierdziła moja koleżanka, koncepcja ta miała ręce i nogi. Sceny treningów i walk były zawsze dokładnie opisane i nie znalazłam chyba ani jednego momentu, w którym ktoś dokonałby wyczynu technicznie niemożliwego. Wszystko do siebie pasowało i łatwo można było śledzić umiejętności każdej z postaci.

Bohaterowie

Kelsier, Sazed i Ostatni Imperator. Kelsier był pragmatycznym wojownikiem z ogromną determinacją, który nie wahał się poświęcić siebie samego dla wyższego celu. Ostatni Imperator był władcą absolutnym o równie absolutnej mocy, który na końcu okazał się nie być tym, za kogo go uważano. A Sazed był po prostu bardzo spoko. Podobnie jak wszyscy członkowie szajki Kelsiera… za wyjątkiem Vin, oczywiście.

Złe strony

Przy czytaniu tej książki miałam dwa duże zgrzyty. Zacznijmy od tego mniej poważnego.

Książka jest częścią serii…

…ale nie dowiecie się tego z okładki.

Technicznie rzecz biorąc nie jest to wina autora, więc nie mam pretensji do niego. Wydawnictwu mam jednak ochotę wylać na łeb garnek smoły (albo czegoś równie nieprzyjemnego). Zdaję sobie sprawę, że Brandon Sanderson jest słynnym pisarzem, a cykl “Z mgły zrodzonego” jest równie słynną serią. Ale co zrobić, skoro mieszkałam pod kamieniem i wcześniej nie kojarzyłam ani jednego, ani drugiego. Kiedy więc dostałam książkę, cieszyłam się na zupełnie nową przygodę w fantastycznym świecie, a kiedy zaczęłam czytać, to cieszyłam się na rozwiązanie zagadek fabularnych. I to uczucie, kiedy na 30 stron przed końcem uświadamiasz sobie, że zaraz zabraknie kartek i w sumie nadal niewiele wiesz, i chyba już za mało czasu na wyjaśnienia… wait a minute… aha.

Bardzo takich książek nie lubię. Nie jest to też pierwszy raz, kiedy się nacięłam. Uważam, że taka informacja powinna być na okładce. Może być i z tyłu, ale być musi. A tak to zostałam z uczuciem nieprzyjemnego niedosytu. Teoretycznie mogłabym poczytać dalsze części cyklu, ale nie zamierzam tego nigdy zrobić, gdyż:

Nie cierpię głównej bohaterki

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak nie znosiłam jakiejś postaci. Vin jest okropna zarówno ze strony fabularnej, jak i z powodu własnego charakteru. Jest egocentryczna, krnąbrna i uważa, że wszystko wie najlepiej. Szczególnie denerwował mnie jej nawyk podsłuchiwania każdej rozmowy, która się jej nawinęła. Czasami ktoś jej to udaremniał i wtedy “spoglądała na niego z nienawiścią”. Nie wiem, czy to wpadka tłumacza, czy autora, ale zdecydowanie jest to za mocne słowo w takiej sytuacji.

Vin jest też klasyczną Mary Sue i nie wiem, dlaczego więcej osób tego nie zauważa. Po skończeniu książki szperałam w internetach, żeby zobaczyć, jakie recenzje zbiera cykl. Mało która opinia wskazywała na marysuizm Vin; większość tylko rozpływała się w zachwytach nad fabułą i światem przedstawionym.

Dlaczego uważam, że Vin to Mary Sue? Otóż:

  • Jest dziewczyną dość atrakcyjną, która podoba się mężczyznom, ale oczywiście ona sama tego nie zauważa, bo jest stworzona do rzeczy wyższych i takie sprawy jej nie obchodzą.
  • Jest dziewczyną, ale oczywiście Nie Jest Taka Jak Inne Dziewczyny™, ponieważ ma krótkie włosy i nosi spodnie! I nie umie w głębokie dekolty! I w ogóle to ciuchy jej nie interesują!
  • Poznajemy ją w momencie, kiedy ma już jakieś umiejętności Mglistych, ale oczywiście potem okazuje się, że jest legendarną Zrodzoną z Mgły i potrafi tyle, co wszyscy pozostali bohaterowie razem wzięci, i jeszcze więcej.
  • Jest znajdą, choć jej umiejętności wskazują, że musi być córką kogoś ze szlachty, i oczywiście okazuje się, że jej ojcem jest najwyższy z super ważnych urzędników państwowych.
  • Idzie na bal, gdzie poznaje swojego przyszłego chłopaka, i oczywiście okazuje się, że ten chłopak jest dziedzicem najpotężniejszego rodu.
  • Robi mnóstwo głupot, które mogłyby wszystkich drogo kosztować, ale oczywiście zawsze okazuje się, że ryzyko się jej opłaciło.

I tak na każdym kroku. Dlatego właśnie dziwi mnie, że książka jest tak popularna. Wydawałoby się, że więcej osób zauważy rażący marysuizm Vin, tym bardziej, że jako konsumenci kultury lubimy to wytykać innym utworom, takim jak “Zmierzch” czy “Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy”.

Podsumowanie

Czy książka warta przeczytania? Cóż, jeśli nie przeszkadza Ci okropna postać Vin (jak również płaskie inne postaci kobiece), to książka może Ci się spodobać. Jest interesująca pod względem świata i fabuły, a inni bohaterowie wykazują się zdecydowanie wyższą jakością.

Osobiście dalej czytać nie będę. Byłam już na TvTropes, gdzie znalazłam odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania i to mi wystarczy. Nie ścierpiałabym ani jednego rozdziału więcej z tą dziewuchą.

Podziel się tym wpisem w mediach społecznościowych

Powiązane wpisy

Powiadamiaj o
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Kasia
Kasia
1 rok temu

Faktycznie świat przedstawiony brzmi fajnie, ale po twojej recenzji nie mam wcale ochoty na sięgnięcie po tę książkę.

Powrót do góry strony