Menu Zamknij

Wątki romantyczne, których nie napisałam

wątek miłosny

Zbliżają się Walentynki. Z tej okazji zebrało mi się na wspominki w temacie wątków miłosnych. W dodatku właśnie walczę o to, żebym nie musiała wycinać kolejnego romansu z mojej książki, więc takie rozważania są tym bardziej na czasie.

Pomyślałam, że podzielę się moimi doświadczeniami z pisania wątków romantycznych. Konkretnie opowiem Wam dzisiaj o czterech, które bardzo chciałam mieć i wyjaśnię, dlaczego ostatecznie nigdy nie stały się one rzeczywistością. Jeśli wahasz się, czy powinieneś mieć wątek romantyczny w swoim tekście, to ten post jest dla Ciebie.

Żeby nie było całkiem smutno, to na końcu napiszę o wątku miłosnym, którego miało nie być, ale który ostatecznie powstał i jego istnienie sprawia mi radość 🙂

Zaczynamy!

Wątki miłosne, których nie napisałam

1. Romans, który nie miał sensu

W mojej pierwszej, nigdy nie publikowanej powieści była sobie księżniczka Diana. Jak to księżniczka, miała swojego ochroniarza, Kevina. Kevin przez kilka lat siedział we friendzonie Diany, aż wreszcie samodzielnie się z niego wygrzebał poprzez zwyczajne odpuszczenie sobie. Dopiero wtedy na dobre zaczęła się ich przyjaźń, która trwała od początku aż do samego końca książki.

Zaraz w pierwszym rozdziale Kevin i Diana poznali Matta oraz jego kuzynkę Lili. Nie będę szczegółowo streszczać, co się działo dalej, ale w końcu Matt zapadł w śpiączkę raniony zatrutym mieczem. W związku z tym cała druga część fabuły skupiała się na podróży Diany, Kevina i Lili po magiczne lekarstwo mogące go uzdrowić.

Diana była postacią bardzo chłodną w obyciu, przesadnie logiczną i nie pojmującą emocji (powód: tragiczne backstory z prominentnym wątkiem magicznym). Matt łaził za nią przez wiele rozdziałów, usiłując jej udowodnić, że jednak jakieś tam emocje ma i że jeśli tylko będzie chciała, to raz-dwa może się wszystkiego o nich nauczyć. Starał się ją wspierać i wszystko jej tłumaczył. Trzeba przyznać, że miał w tym trochę własnego interesu, bo był w niej zakochany po uszy (Diana była moją główną bohaterką, więc to chyba oczywiste, że wszystkie postacie męskie zakochiwały się w niej po uszy). Głównie to był po prostu dobrym człowiekiem i chciał jej pomóc. Na koniec książki Diana miała więc wreszcie zrozumieć, że jednak ją samą też do niego ciągnie. Miała nastąpić radość, zaręczyny i ogólna impreza w pałacu, bo starsza księżniczka w końcu okazała komuś trochę uczucia i była dla niej nadzieja na lepszą przyszłość.

To była piękna, sztampowa fabuła stworzona przez społecznie niedostosowaną nastolatkę, ale koniec końców nie tak potoczyła się akcja książki.

Bo wiecie, kto jeszcze wspierał Dianę, był przy niej cały czas, chronił ją, wszystko jej tłumaczył i chciał jej pomóc z dobroci serca, a do tego łączyła go z nią jedyna w swoim rodzaju więź, porównywalna tylko z więzią między Dianą i jej ukochaną młodszą siostrą?

Kevin.

Olśnienie spłynęło na mnie niczym chłodny deszcz w upalne japońskie lato. Kevin. Ten koleś, z którym Diana miała o wiele dłuższą znajomość niż z Mattem i który, szczerze mówiąc, pasował do niej jak nikt inny. Dotarło do mnie, że jeśli Diana na końcu wybierze Matta, a nie Kevina, to nie będzie to miało absolutnie żadnego sensu. Diana i Kevin byliby parą doskonałą. Diana i Matt byliby parą, bo fabuła tak powiedziała.

No więc koniec końców wybrałam dla Diany Kevina, a romans z Mattem poszedł w odstawkę.

Lekcja: Zastanów się dobrze, czy Twój wątek miłosny ma sens. Czy na pewno jest chemia między bohaterami? Czasami wpadamy w pułapkę pisania romansów, które chcielibyśmy widzieć, ale które są zupełnie nieuzasadnione, dlatego dobrze jest krytycznie się nad nimi zastanowić, zanim umieścimy je w swoim tekście.

2. Romans, który lepiej działał jako przyjaźń

Tak jak w życiu, tak i w świecie fikcji niektórzy ludzie są doskonałymi przyjaciółmi, ale romantyczny związek zdecydowanie nie jest dla nich. W efekcie, planując relacje bohaterów, z niektórych znajomości można zrobić świetny przykład przyjaźni, ale gdyby zamienić je na romanse, to wyszłoby stereotypowo, nudno i nijako.

Nie to, żebym była taka mądra od początku. Na szczęście, podobnie jak w przypadku punktu pierwszego, oświecenie spłynęło na mnie przed faktycznym wpisaniem takiego wątku w tekst.

W mojej obecnej książce są sobie dwie postaci: A i B. Postać B miała być nieszczęśliwie zakochana w postaci A i rywalizować o nią z postacią C (o czym poniżej w punkcie numer 3). Postać A miała nie do końca to zauważać, bo podobała się jej postać C. Na końcu A i C mieli zostać parą, a postać B z żalem i niezadowoleniem przyznać, że jednak poniosła porażkę.

Brzmi znajomo? Jak połowa komedii romantycznych? Cóż. Przy okazji, ta powieść nawet nie należy do gatunku “Romans”.

Postać B tak naprawdę jest bardzo dobrym człowiekiem. Opieranie (braku) jej rozwoju na zazdrości o kogoś innego nie kleiło się z osobowością, jaką chciałam jej nadać. Wątek wyrzuciłam. I wiecie co? Jest lepiej. Dużo lepiej. Między A i B nawiązuje się przyjaźń, która jest teraz moją ulubioną w całej książce. Dogadują się świetnie i nawet nie spodziewałam się, że tak dobrze to będzie działało.

Lekcja: Nie pisz kiepskich romansów. Pisz wybitne przyjaźnie.

3. Romans, na który nie było miejsca

W punkcie wyżej wspomniałam o romansie pomiędzy postaciami A i C. Romans ten miał rozgrywać się w drugiej części książki (tej, co to kiedyś miała być częścią trzecią). To był mój ulubiony planowany romans w tej książce. Jednak późniejsza ogólna restrukturyzacja fabuły sprawiły, że A i C niemal wcale nie będą mogli spędzić ze sobą czasu. No to jak w takich warunkach ma się coś rozwinąć?

Przyznam, że walczyłam. Długo nie chciałam odpuścić. Uwielbiam A i uwielbiam C (A trochę bardziej, ale z A nikt nie wygra, tak już po prostu jest). Byliby taką słodką parą! Już miałam w głowie ich pierwszy pocałunek oraz to, jak reszta postaci dowiedziałaby się o ich związku. Widziałam reakcje wszystkich osób postronnych, wliczając w to B. Ten wątek był w moich planach obecny prawie od początku. Był nieodłączną częścią tej książki.

Częścią, która ostatecznie została odłączona. Nawet pocałunku nie będzie. Technicznie rzecz biorąc, w drugim tomie brakuje mi na razie szczegółowego planu na środek książki, więc istnieje możliwość, że ostatecznie A i C spędzą ze sobą trochę więcej czasu, ale… nie ma co się kopać z koniem. Z baaaardzo ciężkim sercem musiałam przyznać przed sobą, że dla tego romansu po prostu nie ma w fabule miejsca.

Lekcja: Czasami trzeba odpuścić, choćbyś miał z tego powodu nieziemsko cierpieć.

4. Romans, którego było za dużo

Pamiętacie jeszcze szał na Naruto? Rok 2007, kiedy wychodził Shippuuden? Otóż wtedy ja, świeżo po liceum, miałam pomysł na napisanie czegoś podobnego. Wiecie, grupa nastolatków, szkoła walki, każdy z innymi umiejętnościami i takie tam. Uzbierałam z 20 postaci, każdą przemyślałam i sobie narysowałam, i byłam niezmiernie zadowolona. Oczywiście, jak to wśród nastolatków w szkole, pierwsze romanse kwitły. Tak zakwitły, że w końcu zdałam sobie sprawę z jednej bardzo istotnej rzeczy.

Otóż pod koniec fabuły niemal cała dwudziestoosobowa klasa była sparowana… między sobą.

Dobra, trochę przesadziłam. Nie “zdałam sobie sprawy”, tylko zauważyła to przyjaciółka, której opisałam mój pomysł.

Ile osób z Waszej klasy pobrało się ze sobą nawzajem? W mojej klasie takie pary były dwie. Cała reszta, łącznie ze mną, znalazła sobie drugą połówkę “z zewnątrz”. Sytuacja z mojego pomysłu była po prostu nierealistyczna. W dodatku przypominała książki, których autorzy nie mogli się powstrzymać przed wciskaniem każdej postaci w związek. Przykładem może być seria “Zmierzch”, w której cała rodzina Cullenów to jedno wielkie gniazdo romansów. Podobnie jest w “Harrym Potterze”; na Pottermore można znaleźć informacje o tym, co działo się z każdym uczniem Hogwartu po “Insygniach Śmierci”, i okazuje się, że większość wylądowała w związkach małżeńskich z kolegami i koleżankami ze szkoły. Jakoś żadna postać nie zostaje fajną singielką z kotami albo samotnym podróżnikiem po magicznych miejscach. Wszyscy grzecznie zakładają rodziny i mają dzieci, co szczerze mówiąc jest trochę podejrzane.

Lekcja: Nie każda postać musi być w związku. Niektóre postacie mogą być singlami i to jest całkowicie ok. A już najbardziej należy unikać sytuacji, gdzie w związakch są wszyscy bohaterowie naraz.

A teraz, na pocieszenie:

Przyjaźń, która lepiej działa jako romans

Wątek miłosny, który napisałam i się z niego cieszę

W książce, nad którą obecnie pracuję, są postaci D i E. Na początku planowałam dla nich przyjaźń. D i E mają bardzo podobną osobowość i zainteresowania, więc na tym zamierzałam zbudować ich znajomość. Był to wątek raczej poboczny, ale wydawał mi się interesujący.

Wątek był obecny w pierwszej wersji mojej książki. Robiąc jej edycję zauważyłam, że interakcje między D i E były jakieś takie… no, jakby z podtekstem. Pisząc wersję drugą postarałam się więc stonować ich rozmowy, żeby czytelnik nie odnosił takiego wrażenia.

Po jakimś czasie robiłam edycję wersji drugiej. I znowu było to samo: każda przyjacielska rozmowa między D i E brzmiała jak flirt. Whyyyyyy. A tak się starałam!

Nie było szans, żeby czytelnicy nie pomylili tego z romansem. Wychowałam się na fanfikach, to wiem, jak wygląda shipping. Jeśli nigdy nie widziałeś romantycznego fanfika o postaciach, które w oryginale zupełnie nie miały się ku sobie, a czasem nawet nie zamieniły ze sobą ani słowa, to nie znasz życia. A między D i E już była przyjaźń, więc przejście do kategorii “Romance” było tym bardziej oczywiste.

Bardzo mi to przeszkadzało, aż w okolicach wersji trzeciej zostałam pobłogosławiona przez Fuckita, Boga Olewki.

Spoko. Skoro nie potrafię tego napisać jak nie-romansu, to niech będzie romans, a co. Shipping będzie tak czy siak; równie dobrze mogę go skanonizować.

I nagle wszystko pięknie się wyprostowało. Już nie musiałam poprawiać w nieskończoność scen, które Totalnie Nie Miały Być Flirtem, Przysięgam. Zyskałam też bardzo wiele pod względem fabuły i rozwoju bohaterów. D to postać, na którą w sumie nie miałam pomysłu, ale która dzięki temu romansowi i późniejszym związanym z nim działaniom staje się wielowymiarowa. Postać E została trochę uczłowieczona, bo do tej pory czytelnikowi pewnie trudno byłoby się z nią identyfikować. Sam wątek przydaje książce koloru, jest sensowny, a do tego interesujący, bo to związek oparty nie na fizycznym przyciąganiu, a na pokrewieństwie dusz. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się go dodać.

No więc tak wyglądają moje pisarskie przygody z wątkami miłosnymi.

Masz podobne doświadczenia? Opisz w komentarzu!

Podziel się tym wpisem w mediach społecznościowych

Powiązane wpisy

Powiadamiaj o
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Powrót do góry strony