Menu Zamknij

Klucz w zamku

Opublikowano 2019-05-21

Dzień Matki nie jest twoim dniem. Nie tylko dlatego, że nie jesteś matką, ale również dlatego, że nieszczególnie czujesz się córką. Wybuchające czerwienią róże i fantazyjne złocenia na kartkach życzeniowych nie są dla ciebie. Tymczasowe stoiska w centrum handlowym pod wielkimi szyldami z majową datą zapraszają wszystkich wokół, ale twój wzrok prześlizguje się po nich z obojętnością, która z roku na rok staje się coraz bardziej szczera. Zresztą, i tak wolisz zbyt długo na nie nie patrzeć. Boisz się, że mogłabyś zostać wyszarpnięta z rzeczywistości i rzucona w głąb swoich wspomnień. Z dzieciństwa pozostała ci ich tylko garstka, ale i tak żadne nie wydaje ci się warte częstego odwiedzania.

Właściwie to boisz się wielu rzeczy. Buczenia odkurzacza. Podniesionych głosów. Ludzi przechodzących za drzwiami twojego mieszkania. Dźwięku klucza przekręcanego w zamku. Nieoczekiwanej zmiany planów. Sobotnich zakupów. Czytania książek.

Idziesz dalej. W zatłoczonym korytarzu otoczonym kolorowymi wystawami coraz trudniej się poruszać. Obracasz barki raz w jedną, raz w drugą stronę, lawirując w rosnącym tłumie. Ogromną jego część stanowią ojcowie wędrujący w towarzystwie właśnie odebranych z przedszkola dzieci oraz nastolatki z namysłem przyglądające się rozświetlonym ekspozycjom. Masz wrażenie, że wszyscy kupują prezenty; w końcu pojutrze Dzień Zero. Zauważasz witrynę sklepu z biżuterią udekorowaną wielkim banerem. Na czerwonym tle napisano Dla najlepszej mamy na świecie! Gapisz się na ten tekst i uświadamiasz sobie, że nigdy nie użyłabyś słowa „mama”. „Mama” to słowo zarezerwowane dla dzieci, które płaczą z tęsknoty, wyjeżdżając na kolonie, a do domu wracają przepełnione radosnym podekscytowaniem, a nie na odwrót.

Nagle po twojej lewej słyszysz ryk dwulatka. Wszystkie twoje mięśnie spinają się w ułamku sekundy. Twoje ciało zalewa zimny strach, jakby zaatakowała cię fala wody, i teraz już nic nie możesz zrobić, już jesteś cała mokra. Odwracasz głowę w tamtą stronę i chłopca leżącego na podłodze. Zaraz przybiegną rodzice. Będą na ciebie wrzeszczeć, bo pozwoliłaś mu upaść. To twoja wina; nie dopilnowałaś go. Jak to się stało? Jak mogłaś być taka niezaradna i nieodpowiedzialna? Pewnie zamiast go pilnować, zajmowałaś się jakimiś bzdurami; pewnie myślałaś o którejś z tych kretyńskich, dziecinnych książek, które czytasz. Nie dopełniłaś swoich obowiązków i teraz rodzice dopilnują, żebyś tego pożałowała.

Zanim jednak zdążysz w myślach ułożyć słowa przeprosin tak, żeby brzmiały odpowiednio potulnie, przypominasz sobie, że leżący przed tobą dzieciak to nie twój młodszy brat, a ty nie masz siedmiu lat, tylko trzydzieści pięć. Zajmowanie się dzieckiem to już nie twój problem; jedyną twoją rodziną jest twój mąż. Niczyich wrzasków też nie musisz znosić, bo jesteś dorosła. Zawsze możesz po prostu sobie odejść i nikt z tego powodu nie naśle na ciebie policji, żeby odstawiła cię z powrotem do domu. Zarabiasz na siebie, sama płacisz swój czynsz i nikt nie powie ci, że za karę dzisiaj nie zjesz kolacji albo że do wieczora masz sprzątnąć cały dom.

Masz trzydzieści pięć lat.

Musisz się odciąć od tych wspomnień. Rozglądasz się więc z uwagą i w myślach wyliczasz pięć rzeczy, które widzisz, a potem cztery, które słyszysz. Powoli wracasz do rzeczywistości. Odchodzisz od całej sceny z miną, która ma zatuszować twoją chwilową konsternację.

W sklepie na parterze kupujesz sobie ulubione chrupki, ponieważ możesz. Wracasz do domu, z zadowoleniem otwierasz je przed komputerem i przełączasz zakładki przeglądarki między Facebookiem a portalem informacyjnym. Składasz wirtualne życzenia dzisiejszym jubilatom. Zapominasz o leżącym na kafelkach dwulatku.

Po kwadransie przenosisz się na forum twojej grupy wspinaczkowej. Wita cię logo w formie kilofa zatkniętego w skałę. Przed twoimi oczami przewijają się szczeble najnowszych postów z pytaniami o najlepsze kursy wspinaczkowe i porady dotyczące asekuracji. Uśmiechasz się do siebie na widok opisu tego samego problemu, który rozwiązałaś u siebie na początku swojej przygody z taternictwem trzy lata temu; chcesz zostawić komentarz, ale widzisz, że ktoś już cię ubiegł z odpowiedzią i że pytająca została poinstruowana odpowiednio dobrze. Pogryzając ostatnie chrupki, wybierasz wyszukiwanie postów po znaczku „zdobyłem” i ekran zostaje zalany miniaturami zdjęć okolonych chmurami szczytów, stromych urwisk i przyjemnie ciepłych zachodów słońca, które mogą ci pomóc podjąć decyzję, gdzie moglibyście wybrać się w przyszłym miesiącu na krótki urlop. Przeglądasz je z profesjonalnym skupieniem, czytając sprawozdania ze wspinaczek i tworząc ranking najładniejszych widoków. Minuty mijają i nawet nie zauważasz, jak wybija szósta.

Ze strachem podskakujesz, gdy słyszysz zgrzyt klucza w zamku frontowych drzwi.

Do domu wchodzi twój mąż. Człowiek, który cię kocha i przy którym czujesz się całkowicie bezpieczna. Wyciąga ze swojego plecaka chrupki i zaczyna się śmiać, gdy widzi leżącą na biurku identyczną, pustą już paczkę.

Uśmiechasz się do niego, starając się zachowywać naturalnie, jakbyś była zupełnie przyzwyczajona do jego bezinteresownych prezentów. Ale nadal nie jesteś. W twoim brzuchu pulsuje poczucie winy, bo zastał cię przy komputerze z okruchami na koszulce, przeglądającą głupie zdjęcia, a przecież powinnaś zajmować się czymś produktywnym. Odbierasz od niego paczkę chrupków, której szelest brzmi jak głośny wyrzut: on się dla ciebie stara, a ty całe popołudnie zmarnowałaś na zaspokajanie własnych potrzeb. Wiesz, że to wszystko bzdury, że twój mąż wcale tak nie uważa, więc z determinacją odpędzasz od siebie te myśli. Na szczęście ostatnio przychodzi ci to coraz łatwiej, a czasami nawet robisz to odruchowo. Może kiedyś nie będziesz musiała robić tego wcale. Może kiedyś przyjdzie taki dzień – a masz wrażenie, że jest on coraz bliżej! – kiedy klucz w zamku na stałe stanie się symbolem radości z powrotu ukochanej osoby, a ty już nigdy nie będziesz miała siedmiu lat, tylko zawsze tyle, na ile wskazuje twój dowód osobisty. Na razie jednak zadowalasz się wspólnym jedzeniem chrupków i świadomością, że w niedzielę nie będziesz wysyłać żadnej pozłacanej kartki.


[Na blogu znajdziesz wpis, który objaśnia kilka kwestii poruszonych w tekście. Zachęcam do poczytania.]

Dodaj komentarz

avatar
  Powiadamiaj o  
Powiadom o

Powrót do góry strony