fbpx

Na początku nie było nic, tylko wielka pustka. Aż pewnego razu zawędrowało w tę okolicę dwoje bogów, a imiona ich pozostają nieznane. Bardzo się nawzajem miłowali i pragnęli znaleźć dogodne miejsce do osiedlenia się, aby razem wieść spokojne życie. Lecz ponieważ panowała tu pustka, nie mieli gdzie zamieszkać. I wtedy Bóg, dając wyraz swej wielkiej miłości do Bogini, zbudował dla nich przepiękny pałac, którego bogactwa i przepychu nie sposób wyrazić ludzkim językiem. Bogini zachwyciła się wielce. Weszli zatem razem do pałacu i udali się do największej, najpiękniejszej komnaty. I tam, na wspaniałym łożu, Bóg kochał Boginię, i natenczas w jedno się złączyli. A gdy się rozłączyli, Bogini powiła dwoje bliźniąt i przedstawiła Bogu jego dzieci. Urodziła Bogini najpierw córkę, a później syna. Córkę swą nazwali imieniem Dafira, a syna swego imieniem Methan. A gdy Bóg wziął je na ręce, uśmiechnęły się do niego, bo rozpoznały w nim swego Ojca i Stwórcę. I Bogini również się radowała, a jej szczęście opromieniało cały boski pałac.

Boskie dzieci rosły bardzo szybko, a ich talenty objawiały się z dnia na dzień. Dafira była piękna, dostojna i sprawiedliwa. Methan okazał się silny i zmyślny. Żyli zatem we czworo w pałacu i dobrze im się powodziło. Ale Bogini, która bardzo swe bliźnięta kochała, zapragnęła mieć więcej dzieci. Oznajmiła to Bogu, swemu mężowi. Bóg przychylił się do prośby żony i oto urodziła im się córka, jasnowłosa Elekte. Było to dziewczę wielkiej mądrości, od najmłodszych lat przejawiające niebywałą bystrość umysłu. I uradował się Bóg, i uradowała się Bogini. Elekte dołączyła do siostry i brata, a jej roztropność i lojalność radowały serca rodziców.

I powiedział Bóg: „Chcę mieć jeszcze syna!” I oto urodził im się syn, którego obdarzyli imieniem Zetnar. Był to chłopiec porywczy, o ogromnej fantazji i umiłowaniu piękna. I choć psotny był wielce, i jego rodzice ukochali niewypowiedzianą miłością. A rodzeństwo przyjęło go z radością i tak oto jeszcze większa wesołość nastała w boskim pałacu.

Ale w końcu powiedziała Bogini: „Dzieci nasze wyrosły i zbędna jest im opieka. A ja pragnę mieć jeszcze choć jedną małą córeczkę! A i nasz syn Zetnar powinien poznać, czym jest braterska odpowiedzialność.” Ponieważ mądrze rzekła, i tym razem Bóg przytaknął żonie. Powiła więc Bogini śliczną córeczkę i nazwała ją imieniem Yaea. Dziewczynka stała się najukochańszym dzieckiem boskiej matki. I rodzeństwo również było jej rade, a w szczególności najmłodszy Zetnar, który doglądał siostrzyczki z ogromną radością. Tak oto rodzice i ich pięcioro dzieci wiedli spokojny, pogodny żywot w swoim pałacu.

Nastał jednak dzień, gdy pięcioro boskich dzieci, nie mając prócz siebie nawzajem nikogo do towarzystwa, straciło zapał do zabawy. Bogini widziała ich smutek i zafrasowanie, i żal się matce zrobiło jej pociech. Poprosiła zatem o pomoc męża. Przyszedł więc Bóg do swych dzieci i powiedział: „Oto podaruję wam narzędzie zabawy, które nie zbrzydnie wam przez długie lata”. A nie wiedział wtedy jeszcze, jak wielka mądrość kryła się w jego słowach.

Bóg zaprowadził swe dzieci do ogrodu, gdzie ukazał im srebrną tacę, podwieszoną ze sklepienia w samym sercu kwietnika. Wziął natenczas pięć garści ziemi i rozpostarł je na powierzchni tacy. Następnie zaś od środka wytyczył pięć linii, dzieląc ziemię na pięć części i czyniąc każdą z nich równą pozostałym, i podarował swoim dzieciom z tymi słowy:

„Dbajcie o to dobrze, gdyż nie wiecie nawet, jaka odpowiedzialność na was odtąd spoczywa”.

Nawet gdy zamknę drzwi, jazgot ich dyskusji dociera aż do moich komnat. Zadziwiające, jak odgłosy, których wolałbym nigdy nie słyszeć, potrafią nieść się przez cały ogród i pół pałacu, zdecydowane, by mnie dręczyć.

Ojciec twierdzi, że nie mogę ich za to winić. Mówi, że boskim obowiązkiem jest opiekować się swym stworzeniem. Jestem pewien, że słowa te miały nie tyle usprawiedliwić bezduszność mego rodzeństwa, co połajać mnie za mój – ponoć równie bezduszny – brak zainteresowania Ziemią. Co jedynie pokazuje, jak mało zrozumienia znajduję u Ojca i dlaczego jego rozwiązanie mego frasunku było na wskroś chybione. Dając mi we władanie Ziemię niechybnie miał nadzieję, że zamknie mi to usta. Zapewni mi zajęcie i sprawi, że wreszcie przestanę zanosić do niego me żale. Bezpieczne remedium, nie niosące magicznego ryzyka dla Hasta Mante, a pozwalające mi zakosztować radości dostępnej pozostałym jego dzieciom. Dlaczego nie potrafi zrozumieć, że nie to jest moim celem i pragnieniem? Łaknę nie świata do opieki, który dla mnie mógłby być jeno ciężarem.

Łaknę zrozumienia oraz odrobiny uwagi od mych braci i sióstr.

Próżno jednak by szukać u nich współczucia dla mego stanu. Dafira i Methan, nierozłączni od zarania swej egzystencji, nie potrafią wręcz pojąć głębi samotności. Elekte, z głową zawsze zatopioną w pismach, zdaje się niewiele dbać o kompanię. Zetnar, który nieustannie ugania się za wizerunkiem Ojca z nadzieją, że kiedyś i jemu przyjdzie stwarzać rzeczy wielkie, w pogoni tej staje się coraz bardziej nieprzystępny, a coraz mniej braterski.

Jedna Yaea – słodka Yaea! – potrafi dać mi ukojenie. To jej dłoń najłagodniej spoczywa na mym ramieniu, gdy, znużony mym marnym żywotem, szukam u niej pocieszenia. Pochyla ona wtedy swą głowę, a jej ciemne włosy, identyczne jak włosy Matki, spływają na mnie i na chwilę otulają mnie całunem odcinającym mnie od reszty świata. Yaea, najmłodsza z nich wszystkich, a zatem najbliższa ryzyku podzielenia mego losu. Być może tu leży sekret jej współczucia. W swym drobnym sercu nosi myśl o tym, że przeznaczenie mogło zamienić nas miejscami; że to ona mogła teraz spisywać opowieść o swych mękach w samotności dwupiętrowego gabinetu, a ja mogłem cieszyć się uznaniem, wespół z innymi doglądając małego skrawka ziemi na ogrodowym talerzu. Być może myśl ta sprawia jej ból i z tego bólu zrodziło się miłosierdzie. To ono gna ją wieczorami do mych komnat, gdzie koi mój smutek, a jednocześnie nieświadomie go podżega, z rzadka wtrącając szczegóły swych dokonań z tego dnia. Lecz nie mogę jej winić, gdyż jeśli to zrobię, odtrącę jedyną przyjazną mi tu duszę.

Czy mój los byłby inny, gdybym urodził się stworzeniem niższym, takim, jak ludzie zamieszkujący świat moich braci i sióstr? Gdyby powołano mnie do życia jako ledwie zabawkę w cudzych, nieczułych dłoniach, bezwolną i nieskażoną boską mocą, lecz właśnie dzięki temu uwolnioną od ograniczeń odpowiedzialności? Jako istoty ludzkie nie myślelibyśmy o dobru poddanych nam maluczkich, gdyż jakąż to krzywdę może człowiek wyrządzić całości istnienia, której nawet my bogowie nie jesteśmy w stanie dogłębnie pojąć? Nie bylibyśmy zdolni do zachwiania jakiejkolwiek równowagi, albowiem moc taka nie byłaby dla nas dostępna. Czy wtedy przyjęto by mnie z otwartymi ramionami, czy jednak znaleziono by inną wymówkę, by mnie odtrącić?

Och, gdyby była przy mnie choć jedna osoba, którą mógłbym nazwać swym dozgonnym przyjacielem! Gdyby osamotnienie nie przepełniało każdego mego dnia, gdyby miast tego komnaty me rozbrzmiewały wspólnym śmiechem i zabawą! Lecz nie zostało mi to dane. Nawet Yaea, upewniwszy się, że na moment pokrzepiła me serce, nieuchronnie wraca do ogrodu, a ja ostaję sam w przestronnym gabinecie, którego wnętrze mógłbym już rzeźbić z pamięci. Lecz nie pragnę go opuszczać. Choć cały pałac stoi przede mną otworem, dokądże mógłbym się udać? Z kimże konwersować? Któż poświęciłby mi choć dzień lub dwa, nie zaprzątając swej głowy innymi sprawami? Któż chciałby po prostu… być?

Te rozważania krążą w mej głowie, lecz uparcie odganiam je, gdyż nie przynoszą ukojenia. Przynoszą za to myśli czarne, ciągnące mnie w głąb samego siebie. Przynoszą strach. Pomysły, którym nie chcę dać posłuchu, lecz które kuszą choć chwilowym uśmierzeniem bólu. Walczę więc z własnym umysłem, a mimo to zwycięstwo z wolna się ode mnie oddala; podejrzewam, że zaiste dzieje się to na moje własne życzenie. Nie potrafię już bowiem zabiegać o tych, którzy o mnie samego nie zabiegają wcale. Tak jak porzucone stworzenie gnane głodem powraca na miejsce, w którym ongiś je karmiono, tak i ja powracam do tych samych nie-towarzyszy w poszukiwaniu towarzystwa. I każde nieuchronne odtrącenie spycha mnie dalej w przepaść.

Czy zatem można mnie winić, jeśli – pragnąc odrobiny godności – w rozpaczy swej posunąłbym się do działań niegodziwych?

Powrót do góry strony