Menu Zamknij

Śmierć Madusa

Opublikowano 2021-07-13

Chaos szalejący wokół Thogaba groteskowo kontrastował z pustką, która panowała w jego głowie. Kapłani trzaskali drzwiami, nawoływali się nawzajem i nerwowo wypytywali jeden drugiego: jak to się mogło stać? Jak to możliwe, że Schete, który dopiero co napadł na świątynię w Tretii, już dotarł do Anneos? I to do stolicy, do samego Gyrdonu?

A Thogab trzymał na kolanach głowę swego zmarłego mentora i myślał tylko o tym, jaki osamotniony się teraz czuł i jak bardzo nienawidził tego, kto pozbawił życia najlepszego kapłana, jakiego Anneos kiedykolwiek miało.

Na biurku Naznaczonego, przy krawędzi blatu, stała zwyczajna szklanka zawierająca niedopite wino. Wszyscy natychmiast odgadli, że to w niej kryła się przyczyna śmierci Madusa. Rzeczywiście – zamieszanie napoju ujawniło nietypowy osad, który już zebrano i pakowano, aby odnieść do stołecznego ośrodka badawczego. Thogab wiedział, że musiało to zostać zrobione, lecz dopełnienie formalności nie zmieni niczego w obecnej sytuacji świątyni. Jakakolwiek trucizna się tam kryła, odkrycie jej nazwy nie przywróci życia Synowi Methana.

Madus leżał przed nim spokojny i poważny, jak zawsze. Spokój i powaga były według Thogaba wyznacznikiem odpowiedniego człowieka na stanowisku Naznaczonego. Osoba odpowiedzialna nie tylko za stołeczną świątynię, ale także za wszystkich mieszkańców Anneos, to ktoś, od kogo należało wymagać tych właśnie cech. Nie dało się zarządzać tak wielką społecznością ani nawiązać sprawnej współpracy z dworem, samemu będąc chaotycznym i nierozważnym. Jakikolwiek będzie kolejny Syn Methana, z pewnością nie dorówna Madusowi. Takiemu człowiekowi nie da się dorównać.

Drgnął, gdy ktoś dotknął jego ramienia. Nastoletnia Seheb, jedna z zaledwie pięciu kapłanek w świątyni, pochylała się nad nim z troską. W jednej ręce trzymała filiżankę z herbatą, zapewne jakąś wzmacniającą. Thogab podniósł na nią wzrok i wtedy inni kapłani wykorzystali jego nieuwagę, żeby podnieść ciało Madusa z jego kolan i wynieść je z gabinetu. W pierwszym odruchu Thogab chciał protestować, lecz natychmiast ugryzł się w język. Przecież nie mógł tu spędzić całego dnia, a Naznaczony powinien tymczasowo spocząć we własnym łóżku, zanim przybędą kapłanki Bogini, by dokonać procesu balsamowania.

Seheb pomogła mu wstać i posadziła go za biurkiem. Postawiła filiżankę na blacie, zabrała nieszczęsną szklankę z trucizną i wyszła. Powoli inni kapłani również opuścili pomieszczenie. Każdy chciał dać Thogabowi trochę czasu, by mógł oswoić się z rzeczywistością.

A Thogab oparł czoło na rękach i przeciągle westchnął. Wydech wyszedł urywany, więc Służebny odetchnął jeszcze kilka razy. Nie mógł się rozsypać. Nie teraz, kiedy będzie musiał przejąć po Madusie obowiązki przełożonego świątyni łącznie z organizowaniem pogrzebu. Choć Naznaczeni piastowali najwyższe stanowiska, to nie musieli zajmować się sprawami administracyjnymi i mogli powierzyć kierowanie świątynią komuś innemu; Madus jednak chciał doglądać wszystkiego osobiście, więc teraz nie było nikogo innego, kto mógłby go zastąpić, tylko jego wieloletni, teraz osierocony Służebny. I to do niego będzie odtąd należał gabinet, w którym Syn Methana zmarł jako jedna z pierwszych ofiar na nowo rozgorzałej wojny ze Schetem.

Westchnął ponownie, zadając sobie pytanie: jak do tego doszło? Nie w sensie: jakim sposobem Naznaczony został otruty – bo to było dla niego jasne – ale: jak Hasta Mante znalazło się w tym momencie historii, w którym Schete ponownie przypuścił atak i miało to konsekwencje tak tragiczne dla Anneos? Dla niego samego? A po chwili porzucił rozważania na ten temat, bo wiedział, że na to pytanie odpowiedzieć się nie dało.

Resztę dnia spędził u siebie. Kategorycznie zabronił komukolwiek choćby zbliżyć się do jego komnaty, co na szczęście uszanowano, i nikt niepokoił go nawet w porze kolacji. Te godziny były tylko dla niego. Mógł je spędzić w samotności, wyrażając swój żal na wszelkie sposoby, które w normalnych okolicznościach nie licowałyby z jego usposobieniem ani publicznym wizerunkiem. Nikt w świątyni nie wiedział, co działo się za zamkniętymi drzwiami jego sypialni. I nikt się nie dowiedział. Następnego ranka Thogab nie wyszedł z komnaty, dopóki opuchlizna nie zeszła spod jego oczu. Oczekiwanie na ten moment wypełnił sprzątaniem całego pomieszczenia: odkładaniem przedmiotów na miejsce, prowizorycznym naprawianiem tego, co zniszczył poprzedniego wieczora, oraz zbieraniem w jedno miejsce rzeczy, których odratować się nie dało i trzeba było je wyrzucić. Poduszki już wyschły i porozrzucaną wszędzie pościel można było jak zwykle nienagannie poskładać i zasłać łóżko ozdobną kapą. Później Thogab wziął kąpiel, założył czyste ubranie i się uczesał. Dopiero wtedy przekroczył próg swojej sypialni.

Na biurku w gabinecie znalazł poranną pocztę. Coś jeszcze ścisnęło go w środku, gdy ujrzał kopertę zdobioną złotymi mercjańskimi wzorami. Pani Celesta. Musiała wiedzieć, że stało się coś złego. I rzeczywiście – jej list zawierał ostrzeżenie, że Madusowi grozi niebezpieczeństwo. Ostrzeżenie, które przyszło o jeden dzień za późno.

Thogab uważnie przeczytał resztę informacji zawartych w piśmie. Nadzieja ponownie z niego uciekła, choć pewnie nie takie było zamierzenie autorki. Pewnie chciała podnieść go na duchu, wskazać drogę ku wybawieniu i zakończeniu wojny. Thogab jednak odebrał to zupełnie inaczej. Nie wyobrażał sobie bowiem, jak młody chłopaczek z Ziemi mógł zastąpić dotychczasowego Syna Methana. Ale nie było wyjścia: przepowiednia została odebrana przez Córkę Elekte i biegu wydarzeń nie zmieni już nic.

Z miną, która wyrażała jednocześnie zmęczenie i rezygnację, Thogab wychylił się z gabinetu. Złapał pierwszego przechodzącego kapłana i powiedział:

– Przybędzie do nas młody chłopak, bardzo ważna osoba. Może stanie się to dziś, może za kilka dni, ale kiedy się pojawi, natychmiast przyślijcie go do mnie.

Powiadamiaj o
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Powrót do góry strony