Marek i Ralf - Zeszyty Maryny
Menu Zamknij

Marek i Ralf

Opublikowano 2021-06-14

– Tędy, panie Marku.

Marek wkroczył do świątyni z podniesioną głową. Bardzo się starał, żeby nikt nie zauważył jego podenerwowania. Uważał, że Synowi Zetnara nie wypada być podenerwowanym, w szczególności pierwszego dnia swojej posługi w stolicy.

– Czy życzy pan sobie odpocząć? – Wysoki, brodaty kapłan pochylał się w jego stronę. – Czy może najpierw chciałby pan spotkać się z kandydatami na Służebnych, o których rozmawialiśmy listownie?

– Nie jestem zmęczony – powiedział Marek, chociaż zmęczony był, tylko po prostu wydawało mu się to niegodne stanowiska, które zajmował zaledwie od kilku tygodni i na którym dopiero miał się wykazać. – Chętnie spotkam się z waszymi kapłanami. Jest ich dwóch, zgadza się?

– Tak. – Drugi z towarzyszących mu mężczyzn skinął głową. – Sontanaer i Ralf.

W ściany korytarza wmurowano rzeźbione rynny, w których płonął ogień. Marek nie mógł się powstrzymać przed dotknięciem go. Wyciągnął rękę, by choćby musnąć płomienie, lecz potem natychmiast przyciągnął ją z powrotem do ciała. Jeszcze będzie miał wiele okazji, by to robić. Uwielbiał dotyk ognia, ale obawiał się, że takie czcze rozrywki mogłyby sprawić, że straci w oczach swych przyszłych podwładnych. Naznaczenie magią Wielkiego Zetnara było największym zaszczytem, jakiego mógł doświadczyć raedmorski kapłan i Marek wciąż się obawiał, że w stołecznym przybytku będą rozczarowani wyborem boga.

– Czy moglibyście powiedzieć mi coś więcej o kandydatach? – spytał, gdy przeszli do gabinetu gościnnego. Z zachwytem rozejrzał się po plecionych naściennych ozdobach. Gdy zaś usiadł w jednym z foteli, ten przyjemnie pod nim zaskrzypiał. Staroświeckość i elegancja – tymi dwoma słowami określiłby atmosferę w pomieszczeniu.

– Przedstawi ich przełożony świątyni – oznajmił kapłan, a drugi wyszedł, zapewne by poinformować wspomnianego przełożonego o przybyciu Syna Zetnara. Marka spodziewano się kilka godzin później i powóz, który go przywiózł, wywołał u wartowników przy bramie niemałe zaskoczenie.

Uwadze Marka nie umknął fakt, że mimo tej niespodzianki zachowano wszelkie zasady etykiety. Nie zaprowadzono go do gabinetu ojca przełożonego. Zamiast tego ulokowano go tutaj, a ojciec miał sam się do niego pofatygować, co pozwalało uniknąć niezręcznej sytuacji, w której Naznaczony Wielkiego Zetnara uganiałby się po świątyni za dostojnikami o niższej randze niż jego własna. Marek doceniał to – nie dlatego, że oczekiwał zaszczytów, ale dlatego, że jako pasjonat historii wielokrotnie czytał o tym, jak rozwijały się ceremonialne zwyczaje na przestrzeni wieków i dochowanie im wierności nawet w sytuacji zaskoczenia budziło jego podziw.

Ojciec przełożony zjawił się w towarzystwie dwóch nowych kapłanów: barczystego mężczyzny gdzieś po trzydziestce, o ciemniejszym niż typowy odcieniu skóry charakterystycznym dla mieszkańców centralnego Raedmor i o absurdalnie nienagannej fryzurze. Obok niego zaś dreptał… Ralf. Nawet później, gdy wspominał to spotkanie, Marek nie potrafił określić go inaczej. Trochę niski, trochę okrągły, o trochę zbyt szerokim uśmiechu… no, po prostu Ralf.

Przełożony świątyni przywitał się z nim bardzo serdecznie.

– Panie Marku, tak się cieszymy, że zdołał pan do nas tak szybko dojechać. Rozumiem, że przybywa pan z Soenny, tak?

– Tak, to była daleka podróż – Marek starał się ukryć, jak przykro było mu przerywać studia i rozstawać się z profesorem, od którego miał nadzieję jeszcze tak wiele się nauczyć. Nie wypadało okazać, że naznaczenie mocą boga w jakichkolwiek okolicznościach mogłoby być niepożądane, a zresztą Marka tak naprawdę rozsadzała duma, że to na niego Wielki Zetnar zwrócił uwagę. Po prostu wolałby, żeby odbyło się to za kilka lat, po zakończeniu edukacji.

– Jeśli nie czuje się pan na siłach, możemy przełożyć uroczystość oficjalnego ogłoszenia pana Synem Zetnara – proponował ojciec przełożony. – Jego Wysokość z pewnością wyrazi zrozumienie, podobnie jak inni goście.

– Ależ proszę niczego nie przekładać. Nie chciałbym zaczynać posługi od opóźniania pracy świątyni.

– Oczywiście, oczywiście. Bardzo pan obowiązkowy.

– Zapewniam, że będę się starał jak najlepiej zastąpić poprzedniego Naznaczonego.

Marek powiedział to, zanim zdążył się powstrzymać. Gdy słowa wypłynęły z jego ust, zalała go panika. Atmosfera w pokoju zgęstniała i zapadła cisza, aż słychać było trzaskanie drewienek w korytarzowym kominku.

– Z pewnością będzie pan doskonałym Naznaczonym – odparł uprzejmie ojciec przełożony. Marek natychmiast rzucił pierwsze, co mu przyszło do głowy:

– Chciałbym spotkać się z jego Służebnym i złożyć mu moje szczere kondolencje. Czy to jeden z panów? – obrócił się w stronę wciąż stojących przy przełożonym świątyni kapłanów.

– Nie, poprzedni Służebny zrezygnował z posługi i wrócił do domu rodzinnego w Venecie. – Przygnębienie zdawało się jeszcze bardziej ciążyć na obecnych. – Uznał, że nie udźwignie stanowiska wiążącego się z takim zagrożeniem.

– Oczywiście. – Marek pochylił głowę, bo i jemu udzielił się ponury nastrój. Wiedział już, że poprzedni Naznaczony zginął podczas rutynowej podróży z rąk zwolenników Schetego. Tego samego Schetego, którego sześćset lat temu pokonała Biała Róża i którego Hasta Mante miało nadzieję już nigdy nie ujrzeć. Wprawdzie wyznawcy Schetego istnieli wciąż w różnych zakątkach świata, lecz ten atak był jednym z rzadkich aktów brutalności z ich strony – nie licząc samej wojny, rzecz jasna – i pierwszym, który zakończył się śmiercią wysoko postawionego kapłana Pięciorga. Czy teraz i on sam mógł się znaleźć na celowniku tych ludzi?

– Panie Marku. – Ojciec przełożony położył dłoń na jego ramieniu. – Zapewniam pana, że dołożymy wszelkich starań, aby czuł się pan tu bezpieczny. Ponadto pragnę zaznaczyć, że sprawców napadu pochwycono i należycie ukarano. Nie musi sobie pan zaprzątać nimi głowy.

– Dziękuję – odparł Marek szczerze.

– A jeśli chodzi o Służebnych… – Ojciec przełożony wreszcie wskazał na kapłanów po jego lewej. – …Oto dwóch kandydatów, których chcielibyśmy panu zaproponować. Proszę dokonać wyboru wedle własnego uznania. Jeśli żaden z nich nie będzie panu odpowiadał, to oczywiście możemy przeprowadzić dalsze poszukiwania.

– Skoro panowie są tak polecani… – Marek wykonał szeroki gest dłonią. – …To z pewnością dodatkowy trud będzie zbyteczny.

– Oczywiście. – Uśmiechnął się ojciec przełożony. – To może ja już nie będę przeszkadzał.

Skinął na kapłanów, którzy wprowadzili Naznaczonego do świątyni, a następnie całą trójką wyszli, pozostawiając Marka siedzącego naprzeciw wyprężonych Sontanaera i Ralfa. Naznaczony nie miał pojęcia, o co powinien pytać, więc zaczął na chybił trafił:

– Więc jak długo jesteście w tej świątyni?

– Dwadzieścia jeden lat – odparł Sontanaer głębokim głosem. – Za czasów szkolnych służyłem w lokalnej świątyni w Trevii, skąd pochodzę, lecz później rodzina wysłała mnie tutaj. Chcieli, żebym rozwinął skrzydła.

– I rozwinąłeś? – Marek delikatnie stukał palcem w oparcie fotela.

– Ojciec przełożony darzy mnie zaufaniem, więc sądzę, że tak.

– A ty? – Naznaczony zwrócił się do Ralfa. – Skąd jesteś i jak długo tu pracujesz?

Twarz Ralfa rozpromieniła się podnieceniem.

– Ja jestem ze wsi. Moi rodzice mieszkają niedaleko stąd. Tutaj przyjęto mnie tak pięć lat temu.

– A co tu robisz?

– Różne rzeczy. – Jego uśmiech stawał się coraz szerszy. – Trochę pomagam w kuchni, trochę sprzątam, czasem jeżdżę po zaopatrzenie albo ćwiczę z najmłodszymi.

– Wszystkiego po trochu – Marek zmarszczył brwi. – Sądzisz, że poradziłbyś sobie z obowiązkami Służebnego?

– Radzę sobie ze wszystkim, więc tak, pewnie tak.

Marka zaskoczył ten optymizm, lecz niezrażony pytał dalej:

– Jakie są wasze najmocniejsze strony? Co potraficie?

– Potrafię prowadzić wszelkie księgowe sprawy oraz zarządzać zespołem w celu wykonania postawionego przed nami zadania – odparł Sontanaer. – Jestem sumienny i obowiązkowy, zawsze całkowicie poświęcam się wyznaczonemu mi zadaniu i wykonuję je z należytą starannością.

– Też jestem sumienny! – wtrącił Ralf. – Nigdy się nie spóźniam.

– To prawda – potwierdził dobrotliwie Sontanaer. – Oraz nie boisz się żadnej pracy, jak już ustaliliśmy.

– Tak! Potrafię też gotować, szyć… – Wyliczał Ralf. – …Choć po prawdzie, szyję jeszcze trochę koślawo… Wiem, jak oprawić zwierzynę i znam się trochę na ziołach leczniczych… babcia mnie uczyła… Ach! I jeszcze wcześnie wstaję, więc jakby trzeba było pana obudzić na jakąś uroczystość, to sprawdzę się doskonale.

Marek kiwał głową. Złączył koniuszki palców przed sobą i przytknął dłonie do ust, by ukryć, jak bardzo chciało mu się śmiać.

– Dobrze – powiedział wreszcie. – A dlaczego ojciec przełożony sądzi, że będziecie dobrymi Służebnymi?

Stojący naprzeciw niego kapłani wymienili spojrzenia.

– W moim przypadku ojciec przełożony uważa, że godnie zastąpię poprzedniego Służebnego – mówił Sontanaer. – Jestem obeznany w sprawach świątyni, więc łatwo wdrożę pana we wszystko, co trzeba, i będę mógł odpowiednio panem pokierować przy ważniejszych decyzjach. Pomogę też uporządkować wszelkie oficjalne kwestie, łącznie z kontaktami z dworem, ponieważ nieraz już byłem wysyłany do Jego Wysokości w sytuacjach, w których Naznaczony i Służebny byli niedostępni.

– Więc właściwie szkolono cię na Służebnego – zauważył Marek z nadzieją, że Sontanaer nie dostrzeże jego nagłego poruszenia.

– Tak – potwierdził kapłan. – Sądzę, że można to tak określić.

– A ty? – Marek zwrócił się do Ralfa.

– A ja po prostu mogę się panu przydać. – Ralf niezmiennie się uśmiechał, co Naznaczonego zaczynało już irytować.

Lecz postać Sontanaera, wysokiego, umięśnionego i ze wszech miar kompetentnego, budziła u Marka większy niepokój. Był gotów wybrać właśnie jego, ale gdy usłyszał słowo „pokierować”, zrozumiał, że nie mógłby tego zrobić. Jeśli Służebnym zostanie Sontanaer, człowiek wykształcony, pochodzący z dużego, prosperującego miasta, pracujący w świątyni dłużej, niż Marek w ogóle żył, faworyt ojca przełożonego i znajomy Jego Wysokości… to sam Marek już zawsze będzie tym kapłanem, który pełni przy nim rolę Naznaczonego. A przecież miało być zupełnie odwrotnie.

Może Marek nie wiedział dokładnie, jak powinien zachowywać się Syn Zetnara. I może wciąż czasem nie był pewien, czy nadaje się na to stanowisko. Ale pewien był jednego, a mianowicie tego, że chce pełnić posługę po swojemu. A jedynym sposobem, żeby to osiągnąć w tej sytuacji, było wybranie…

Cóż, Marek miał nadzieję, że świątynia faktycznie poznała się na Ralfie i że to po prostu on nie dostrzega jego potencjału, bo w innym wypadku czekało go trudne życie z jego pierwszym Służebnym.

Powiadamiaj o
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments