fbpx
Menu Zamknij

Drzwi

Data publikacji: 2019-10-31

Właściwie nie wiadomo, kiedy się pojawiły. Proste, malowane zwykłą farbą, z zieloną smugą przecinającą białe tło, która chyba tylko projektantowi nie kojarzyła się z bladymi wymiocinami. Tak jak wszystkie pozostałe drzwi szpitalnego korytarza, znajdowały się naprzeciw okien i tak samo miały szarą, odrapaną klamkę po lewej stronie. Nawet ich położenie niczego nie zdradzało. Znalazły dla siebie miejsce pomiędzy toaletą a szeroką salą chorych, wpasowując się dokładnie w środek wolnej ściennej przestrzeni. Wypełniły w ten sposób lukę w równym drzwiowym rzędzie i czekały cierpliwie, aż głupia nieuwaga zaprowadzi ofiarę prosto w ich objęcia.

Na początku my też niczego nie zauważyliśmy. Przechodząc tym samym korytarzem wiele razy dziennie po prostu nie zwraca się już uwagi na szczegóły otoczenia. Czy sądzicie, że mnie to interesuje, ile drzwi mijam w biegu, gdy karetka przywozi kolejnego poturbowanego motocyklistę?

Stefana też to nie interesowało. I tak oto, między opatrzeniem poparzonego petardą nastolatka a przegryzieniem połowy swojej bułki z pasztetem, Stefan w drodze do kibla wpadł do niewłaściwego pomieszczenia.

I potem nie było Stefana aż do następnego tygodnia.

Sam tego nie widziałem, ale Ilona była świadkiem, jak miesiąc temu drzwi wypluły go z powrotem. Wypadł przez nie, jakby ktoś go stamtąd wypchnął. Potknął się i upadł na schody naprzeciwko, łamiąc nos.

Poza obficie tryskającą krwią, która – jak to krew – natychmiast zaplamiła jego fartuch, Stefan wydawał się być dziwnie nietknięty bezdomnością, głodem czy też brakiem toalety, których doświadczał przez cały tydzień. Bo za drzwiami nie było żadnej z tych wygód. Zanim jak obrażone zamknęły się z hukiem, Ilona zajrzała do środka. Nie zobaczyła nic, tylko czarną przestrzeń. Stefan jednak obejrzał się na tę przestrzeń, chlapiąc wszędzie krwią z nosa, i zaczął potępieńczo wrzeszczeć, jakby chcąc zmusić drzwi do szybszego zamknięcia się. Z ciemnego pomieszczenia dobiegł bardzo słaby, niemal niedosłyszalny gwizd i Stefan cofnął się z obłędem w oczach. Znów wpadł na schody i niezdarnie próbował się po nich wdrapać, lecz nogi ugięły się pod nim i klapnął na drugi stopień, tym razem rozbijając sobie kość ogonową.

Stefan nie był pierwszą ofiarą drzwi. Po jego eskapadzie dowiedzieliśmy się, że już wcześniej recepcja dostawała niepokojące sygnały od pacjentów o pomieszczeniu pożerającym ich na długie godziny. Tylko że tych pacjentów nikt nie traktował poważnie, bo to oddział dziecięcy i już niejednego figla nam tu spłatano, a zresztą wcześniej nikt nie zginął na aż tak długo, więc nie było powodu niczego podejrzewać. Ale od przygody Stefana – jeśli można to nazwać przygodą – wszyscy zaczęliśmy się pilnować, choć w sumie nie mieliśmy pojęcia, co znajdowało się w czarnych czeluściach po drugiej stronie drzwi. Sam Stefan milczał. Po tym, jak zaliczył brutalne spotkanie ze schodami, dał się jedynie opatrzyć i pojechał do domu, a następnego dnia na biurku ordynatora wylądowało jego wypowiedzenie.

Przestraszyliśmy się, nie ma co ukrywać. Dziewczyny omijały drzwi szerokim łukiem. Faceci zaczęli chodzić do kibla piętro wyżej. Rozumiem ich. Z dwa tygodnie temu, siłą przyzwyczajenia, sam przykicałem w pośpiechu do toalety i dopiero stojąc jedną nogą w już otwartym wejściu zorientowałem się, jakie podjąłem ryzyko. Na szczęście po drugiej stronie drzwi znalazłem nasz normalny kibel, ale nieźle najadłem się strachu i od tej pory też chodzę na inne piętro.

Powiecie – nic prostszego, wystarczy drzwi jakoś oznaczyć! No jasne, bo przecież wcale nie przyszło nam to do głowy. Malowaliśmy, zawiązywaliśmy wstążki na klamce, blokowaliśmy taboretem. Nic nie zadziałało. Kiedy obserwowaliśmy drzwi, wszystko było w porządku. Ale gdy tylko nastąpił choćby moment, kiedy nikt nie patrzył, wstążki i taborety znikały, a farba wsiąkała w drewno i drzwi znowu wydawały się nietknięte, znowu idealnie wpasowane w estetykę korytarza i nie budzące żadnych podejrzeń.

Do tej pory mieliśmy tylko przypadki krótkotrwałych zaginięć, ale po Stefanie atmosfera strachu zaczęła ciążyć na całym oddziale. Dzieciaki zaczęły się moczyć w nocy i odmawiać pójścia na zabiegi, jeśli wiązało się to z przejściem obok drzwi. Oddział właściwie przestał funkcjonować. Poratowało nas pobliskie przedszkole, do którego czasem zapraszano aktorów na przedstawienia. Jedna z pielęgniarek miała tam znajomą i dogadaliśmy się, że za drobną opłatą będą nam tych aktorów podsyłać, żeby jakoś uspokoić nerwy dzieci. I tak oto w zeszłym tygodniu była u nas Świnka Peppa i Muppety, a dziś gościliśmy rodzinę Muminków.

Tylko że o ile ani Świnka Peppa, ani Świnka Piggy nie przeszkadzały mi w pracy, o tyle aktorzy grający postacie z Muminków już od rana mnie irytowali. Tata Muminka cały czas stał w progu sali chorych, gdy robiłem poranny obchód. Tak, przyszli już o świcie. Wszyscy mieli długie, wypełnione pewnie watą ryjki, na szczycie których naklejono martwe oczy. Nie mam pojęcia, jak oni w tym cokolwiek widzieli. Ale skoro się patrzyli na wszystko, co robiłem, to chyba jednak nie był to dla nich problem.

Koło południa byłem już mocno poirytowany. Aktorzy zwykle zwijali się w ciągu godziny, a ci cały czas siedzieli na oddziale i albo stali mi w przejściu, albo deptali mi po piętach. Nawet teraz, podczas korytarzowej pogawędki z Iloną, kilkoro z nich obserwowało nas z bezpiecznej odległości kilkunastu metrów. Udawali, że wcale się nie gapią, ale przecież było to oczywiste. Krzyknąłem na nich raz, a potem drugi. Wkurzało mnie, że cały dzień tak mi wiszą nad głową.

Moje krzyki musiały ich zdenerwować, bo koleś grający Bukę wyszedł z grupy i powoli zaczął sunąć w moją stronę. Ilona wystraszyła się i pośpiesznie schowała się w dyżurce. Ja oczywiście nie uległem. Nie będzie mnie straszył żaden pajac w niebieskim prześcieradle; jestem w pracy i nie mam czasu na pierdoły.

Koleś się nie odzywał, tylko milcząco nacierał. On też miał naklejone oczy. Spod prześcieradła nie było widać nic – ani twarzy, ani choćby zaciśniętej pięści – więc nie mogłem przewidzieć, co zrobi, jak już się do mnie zbliży. Powiedziałem mu, że ma się nie wydurniać. Zignorował mnie. Jak jakiś strach na wróble, rozpostarł ręce na boki. Zacząłem się z niego śmiać… do momentu, kiedy zauważyłem, że prześcieradło uniosło się i odsłoniło miejsce, w którym powinien mieć stopy. To miejsce było puste.

Rozejrzałem się, ale na korytarzu nie było nikogo innego, więc nie miałem jak potwierdzić, czy przypadkiem coś mi się nie przywiduje. Koleś był coraz bliżej i choć jeszcze nie do końca ogarnąłem, co się działo, jakoś tak zacząłem się cofać. Wydychane przeze mnie powietrze stopniowo przeradzało się w białą parę.

Tknięty przeczuciem, spojrzałem na drzwi. I wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że klamka znajduje się po drugiej stronie.

Dodaj komentarz

avatar
  Powiadamiaj o  
Powiadom o

Powrót do góry strony